Europejski Bank Centralny we Fraknkurcie nad Menem. Fot. Ewais / Shutterstock.com

Przez kilka ostatnich lat zapowiedzi o stworzeniu Europy dwóch prędkości traktowano trochę jak bajkę o żelaznym wilku - środek nacisku, który stosuje się, by wywrzeć presję na poszczególne kraje UE. Od kilku miesięcy widać jednak wyraźnie, że czas perswazji się skończył. Przyszła pora na czyny.

Wspólna waluta niemal od chwili jej przyjęcia przez wielu ekonomistów była skazywana na porażkę. Zwracano uwagę na różnice w poziomie rozwoju przyjmujących ją krajów, brak unii fiskalnej, niejednorodne prawodawstwo w poszczególnych krajach UE. Euro było też często wymieniane jako źródło kryzysu w państwach południa Europy. Raczej niesłusznie, bo rzeczywistą przyczyną gospodarczych kryzysów takich krajów jak Hiszpania, a zwłaszcza Grecja, były nie zawsze odpowiedzialne działania rządów, jeśli chodzi o dyscyplinę budżetową, chociaż oczywiście można się spierać, czy te kraje nie przyjęły wspólnej waluty na wyrost.

W ostatnich miesiącach nastąpiła jednak wyraźna zmiana optyki - coraz mniej powszechne jest postrzegane strefy euro jako źródła kłopotów dla całej Unii Europejskiej, coraz częściej strefa euro traktowana jest jako ostatnia deska ratunku dla wspólnoty europejskiej. Narzędziem tego ratunku ma być ściślejsza integracja krajów Eurolandu, co dla Polski - jako kraju wciąż posiadającego własną walutę - może oznaczać, że pozostaniemy na marginesie procesu reformy UE. Skądinąd w znacznej mierze na własną prośbę.

Ściślejsza integracja strefy euro w praktyce oznacza powstanie tzw. Europy dwóch prędkości, czyli utworzenie tzw. twardego jądra UE, gdzie będą zapadały kluczowe dla wspólnoty decyzje, w praktyce jednak odnoszące się do krajów posługujących się europejską walutą.

Koncepcja Europy dwóch prędkości nie jest nowa. Od kilku lat UE wprowadzała jej elementy. Najlepszym, aczkolwiek nie jedynym przykładem, jest unia bankowa - mechanizm dotyczący krajów strefy euro, chociaż z prawem uczestnictwa państw, które nie przyjęły wspólnej waluty.

Pomysł nabrał realnych kształtów wiosną tego roku, kiedy szef Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker przedstawił pięć możliwych scenariuszy dla Europy po brexicie, z których tak naprawdę realny był tylko jeden. Klamka zapadła w marcu tego roku, kiedy na spotkaniu w Wersalu przywódcy Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii zgodzili się na ściślejszą integrację części krajów UE. - Musimy odważyć się na to, by niektóre kraje szły do przodu, jeżeli nie wszyscy będą chcieli brać udział - stwierdziła wówczas kanclerz Niemiec Angela Merkel.

Wybór skądinąd naturalny, bo znaczna część europejskich polityków uważa głębszą integrację za receptę na przeżywane obecnie przez wspólnotę kłopoty.

- Na Litwie ufaliśmy w europejską integrację, dlatego nie mieliśmy większych wątpliwości przed wprowadzeniem euro. Bliska jest nam logika, że musimy być częścią zintegrowanej Europy. Do tej pory z każdego kryzysu Europa wychodziła jeszcze bardziej zintegrowana - mówił były premier Litwy Andrius Kubilius, podczas majowego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. - Dla nas Europa to nie tylko jednolity rynek, ale także fundament naszego bezpieczeństwa politycznego - dodał.

Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę, że nie wszystkie kraje - by wspomnieć Polskę - palą się do ściślejszej integracji. - Tak długo jak wewnętrzne sprzeczności w samym Eurolandzie nie zostaną pokonane, dyskusja o wejściu Polski do strefy będzie dogmatyczna, a my chcielibyśmy, żeby miała ona charakter pragmatyczny - podkreślał w Katowicach minister ds. europejskich Konrad Szymański.

Od tego czasu sprawy nabrały tempa. Konkretnych kształtów nabierają pomysły stworzenia odrębnego budżetu strefy euro. Przyjęty przez Parlament Europejski raport proponuje bowiem utworzenie tzw. specjalnego mechanizmu zdolności fiskalnej dla strefy euro", na który składałyby się istniejący już Europejski Mechanizm Stabilności (ESM), utworzony w czasie kryzysu finansowego, oraz dodatkowy budżet Eurolandu. Kolejnym krokiem może być utworzenie ministra finansów dla strefy euro. Niemcy i Francja porozumiały się w tej kwestii w połowie lipca. Po wspólnym posiedzeniu w Paryżu rządów Francji i Niemiec niemiecka kanclerz stwierdziła, że "nie ma nic przeciwko budżetowi strefy euro" i że "można rozmawiać o europejskim ministrze finansów". Kolejni politycy idą jeszcze dalej. - Osobny budżet oznacza też osobny parlament Eurolandu, by europosłowie z państw strefy go kontrolowali - uważa unijny komisarz ds. finansowych Pierre Moscovici.

Nikt oczywiście nie powie, że kraje, które nie przyjmą wspólnej waluty będą członkami UE drugiej kategorii, ale duża część polityków obawia się, że stworzenie odrębnego budżetu strefy euro odbędzie się kosztem ogólnego unijnego budżetu. Zatem jeśli nie jeszcze nie w tej, to już w następnej perspektywie polska gospodarka może odczuć pozostawanie poza głównym nurtem europejskiej polityki.

* * *
Artykułem o Europie dwóch prędkości rozpoczynamy cykl nawiązujący do  Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Tematy podejmowane podczas debaty w Katowicach nadal żyją, pojawiają się nowe fakty i komentarze. Będziemy im publicystycznie towarzyszyć w oczekiwaniu na kolejny, dziesiąty już, Kongres w roku 2018.

Google Play
Pobierz aplikację Europejskiego Kongresu Gospodarczego na swój telefon
App Store
Pobierz aplikację Europejskiego Kongresu Gospodarczego na swój telefon