Według lutowych danych NBP w zeszłym roku eksport wyniósł 203,7 mld euro, czyli 10,2 proc. więcej niż rok wcześniej.

W ubiegłym roku eksporterzy znowu złapali wiatr w żagle. Po niezbyt udanym (chociaż wzrostowym) 2016 roku dynamika eksportu w 2017 znowu osiągnęła dwucyfrowy poziom. Główne kierunki pozostały bez zmian - to przede wszystkim kraje UE.

  • Eksport to nadal jeden z motorów polskiej gospodarki. Nasze firmy dobrze radzą sobie na najbardziej wymagających rynkach.
  • Kraje UE, które przyjmują cztery piąte naszego eksportu. Nie widać efektów programów takich jak Go China czy Go Africa.
  • Polska jest wciąż poddostawcą, a spora część eksportu to produkcja podzespołów w spółkach córkach światowych koncernów.

Według lutowych danych NBP w zeszłym roku eksport wyniósł 203,7 mld euro, czyli 10,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Gros eksportu przypadło na kraje Unii Europejskiej - 80 proc. (w 2012 roku było to o 4 pkt proc. mniej). Wyniki eksporterów poprawiły się zresztą w 2017 roku na wszystkich najważniejszych rynkach. Sprzedaż do Czech - to drugi dla Polski eksportowy rynek - wyniosła 13 mld euro i zwiększyła się r/r o 7,4 proc., natomiast do Wielkiej Brytanii wzrosła o 5,5 proc. także do 13 mld euro.

Eksport do dwóch kolejnych w rankingu krajów - Francji i Włoch wyniósł odpowiednio 11,4 oraz 10 mld euro rosnąc o 12,5 oraz 13,3 proc. W sumie na rynki rozwinięte sprzedaliśmy towary warte 176 mld euro (wzrost o 10,3 proc.), w tym eksport do krajów Unii Europejskiej wart był 162,4 mld euro (wzrost o 10 proc.).
Graf. PTWP
Wnioski ze statystyk? Wiadomości są dwie - dobra i trochę gorsza. Zdecydowanie dobra jest taka, że do krajów strefy euro sprzedaliśmy towary za 116 mld euro, z czego do samych Niemiec prawie połowę - 56 mld euro.

To oznacza, że polskie firmy znakomicie radzą sobie na konkurencyjnym europejskim rynku - świadczą o tym dwucyfrowe wzrosty eksportu do tak rozwiniętych krajów jak Niemcy, Francja, Włochy, czy - już spoza UE - Stanów Zjednoczonych.

Jest jednak i druga strona medalu. Mimo podejmowanych przez kolejne rządy akcji na rzecz globalizacji polskiej gospodarki, na razie mamy do czynienia jedynie z jej europeizacją. W pierwszej dziesiątce naszych głównych partnerów handlowych próżno szukać krajów rozwijających się. Sprzedaż na rynki rozwijające się wzrosła tylko 3,3 proc. rok do roku przy wartości 15,7 mld euro. Za to najszybciej rosła w przypadku krajów Europy Środkowo-Wschodniej - o 18,9 proc. do 12 mld euro.

Nie widać zatem efektów realizowanych od kilku lat programów takich jak Go China czy Go Africa. Ale spokojnie - spektakularnych efektów nie zobaczymy jeszcze przez długie lata. Hasło globalizacji polskiej gospodarki nie oznacza bowiem radykalnego odwrócenia kierunków naszego eksportu, a raczej mocniejsze uzupełnienie dotychczasowych. I to się powoli dzieje. Mimo to UE pozostanie jeszcze naszym główny rynkiem zbytu na wiele lat. Przedsiębiorcy kierują się bowiem zyskiem, a te na razie leżą przede wszystkim w bliskiej UE (chociażby ze względu na koszty transportu), a nie na dalszych kontynentach.

Jest też druga gorsza wiadomość. Polska jest wciąż poddostawcą. Zachodnie firmy zainwestowały u nas w fabryki, które dostarczają podzespołów do finalnych produktów wielkich koncernów. I owe podzespoły stanowią (oprócz w lwiej części eksportowanych samochodów montowanych w Polsce) znaczącą część eksportu.

I tak np. fakt, że jednym z naszych głównych towarów w eksporcie  do Kanady są części silników turboodrzutowych i turbośmigłowych, to nie dlatego (niestety), że Polska stała się światowym liderem w tej dziedzinie, tylko dlatego że Pratt&Whitney Canada jest jednym z większych inwestorów w polskim przemyśle lotniczym, a należące do tej firmy zakłady w Kaliszu i Rzeszowie większość swojej produkcji eksportują na rzecz swojej kanadyjskiej spółki-matki.

Więcej na ten temat podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, 14-16 maja 2018, Katowice