"Niemcy się nie kończą". Prezes Erbudu tłumaczy, dlaczego warto trzymać kciuki za sąsiada zza Odry
Michał Wroński - 14-04-2025
- Wyrastamy na europejskiego czempiona. Żadne państwo nie dokonało takiego skoku cywilizacyjnego jak my, więc powinniśmy to doceniać, a nie lajkować posty w stylu "to nie jest kraj dla przedsiębiorców" – uważa Dariusz Grzeszczak, założyciel i prezes zarządu spółki Erbud. - Minęły już czasy, gdy to tylko nas "kupowano"; dziś to polskie podmioty mogą śmiało czerpać z europejskiego rynku – dodaje.
- Zdaniem Dariusza Grzeszczaka energetyka to nawet nie "strategiczna gałąź biznesu", lecz właściwie fundament każdej innej branży. - Aby uczynić naszą gospodarkę bardziej konkurencyjną, musimy zatroszczyć się o tańszy, bezpieczny i stabilny prąd. A potem dopiero zabrać się za resztę – stwierdza.
- Od kilkunastu lat historia Erbudu to bardziej rzecz o technologii niż o laniu betonu – mówi o kierowanej przez siebie firmie nasz rozmówca. - Do dziś pamiętam, jak 15 lat temu mało kto wierzył w OZE, a na konferencjach słyszałem "panie Grzeszczak, buduj pan stadiony" – wspomina.
- Prezes Erbudu nie widzi ryzyka, że potencjał polskiej budowlanki się wyczerpie, choć przyznaje, że w nieskończoność nie da się budować kolei czy dróg, bo duże programy przecież się kiedyś pokończą... Zwraca jednak uwagę na kubaturę czy serwis przemysłu.
- Portal WNP.PL obchodzi w tym roku 25-lecie. Specjalny, jubileuszowy projekt "25 na 25 WNP.PL" to cykl rozmów z 25 osobami, które w godny uwagi sposób współkształtowały i współkształtują gospodarczy obraz naszego kraju. Finał cyklu planowany jest na Europejskim Kongresie Gospodarczym (23-25 kwietnia 2025 r.).
Finał cyklu 25 na 25 WNP.PL planowany jest na Europejskim Kongresie Gospodarczym. Źródło: PTWP
Finał cyklu 25 na 25 WNP.PL planowany jest na Europejskim Kongresie Gospodarczym. Źródło: PTWP"Pozbyliśmy się kumulowanych generacyjnie kompleksów, co ułatwia rozumienie świata i robienie biznesu"
Erbud zaczynał działalność w latach 90. XX wieku, więc w pewnym sensie jest obserwatorem i współuczestnikiem polskiej transformacji gospodarczej. Co pan uważa za sukces polskiej gospodarki w tym czasie, a co wciąż pozostaje nieodrobionym "zadaniem domowym"?
- Oczywiście wszyscy lubimy liczby, wskaźniki, dane... Mógłbym wymieniać, jak urósł parytet siły nabywczej, o ile skoczyliśmy w jakich rankingach, przypomnieć, że przegoniliśmy Grecję, Portugalię i ścigamy kolejne kraje. Ale myślę, że przede wszystkim zmieniło się nasze nastawienie: czujemy się Europejczykami pierwszej kategorii, pozbyliśmy się kumulowanych generacyjnie kompleksów, co znacznie ułatwia rozumienie świata i robienie biznesu.
Akurat Erbud już w latach 90. stał jedną nogą w Niemczech...
- Tylko że wtedy transferowaliśmy nie know-how, ale konkurowaliśmy ceną, budując przede wszystkim proste stany surowe. Obecnie przejmujemy tam spółki – w 2018 r. firmę IVT z Oberhausen, w 2021 r. wyspecjalizowaną w zaawansowanej petrochemii IKR od niemieckiego giganta firmy Bilfinger. Łącznie zatrudniamy już w Niemczech i Belgii ponad 700 osób.
Tak, to właśnie sukces polskiej gospodarki: jesteśmy tam dobrym pracodawcą i równorzędnym partnerem w europejskim biznesie.
A minusy? Co dziś - 35 lat po rozpoczęciu transformacji i ponad 20 lat po wejściu Polski do UE - stanowi największy problem dla biznesu w Polsce?
- Przewidziałem, że padnie takie pytanie i sobie postanowiłem, że nie będę narzekać (śmiech). Oczywiście, że jest cała masa spraw do poprawy... Borykamy się nadmiarem procedur, absurdami w przepisach, zmiennością otoczenia czy czasem skostniałą administracją, ale jak się popatrzy na ostatnie 20 lat, to naprawdę wyrastamy na europejskiego czempiona.
Żaden kraj nie dokonał takiego skoku cywilizacyjnego jak my, więc powinniśmy to doceniać, a nie lajkować posty w stylu "to nie jest kraj dla przedsiębiorców". Jesteśmy zaradnym narodem; to my zbudowaliśmy tę nowoczesną Polskę - możemy być i bądźmy z siebie dumni.
Deregulację trzeba rozpocząć od kwestii energii. Ustawa odległościowa to nie wszystko
Jak ocenia pan działalność zespołu Rafała Brzoski? Jest coś, co by pan polecił dopisać do listy deregulacyjnych propozycji?
- Kibicuję temu zespołowi. Rafał jest bardzo pracowity i zrobi dużo dobrego dla tego kraju.
My, jako lider w budownictwie OZE, również wystosowaliśmy swoje pomysły dotyczące prostych usprawnień. Raz: mamy najdroższy prąd w Europie i najbardziej zanieczyszczone powietrze w miastach na świecie – przecież w tym czasem przeganiamy Kalkutę czy Karaczi.
Dwa: zgodzi się pan ze mną, że bardzo trudno wskazać biznes, który nie wymaga prądu, prawda? Aby uczynić naszą gospodarkę bardziej konkurencyjną, musimy zatroszczyć się o tańszy, bezpieczny i stabilny prąd. A potem dopiero zabrać się za resztę. I to powinno być na samym szczycie listy deregulacyjnych propozycji.
A co konkretnie?
- Uwolnienie potencjału OZE, z których prąd jest czysty, niezależny politycznie – słońce i wiatr nie mają i nie będą miały narodowości. Ten duży potencjał jest rozproszony – czyli nie jest to jedna elektrownia, którą można odciąć, jak w Ukrainie.
Skupiliśmy się na ustawie odległościowej, a jest wiele naprawdę prostych regulacji i relatywnie niskich wydatków, które są w stanie przyspieszyć transformację energetyczną. Dziś stoimy przed wyborem, czy w 2040 r. będziemy płacić za megawatogodzinę 350 zł - dzięki OZE, czy 1000 zł - gdy pozostaniemy przywiązani do węgla.
Co trzeba zrobić, aby za kolejne dwie-trzy dekady móc pozytywnie ocenić ten okres, a nie zżymać się na stracone szanse?
- Decyzje środowiskowe i planistyczne powinny toczyć się równolegle, a nie sekwencyjnie. Trzeba dofinansować Urząd Regulacji Energetyki, by zwiększyć jego przepustowość i nie czekać kilka lat na proste decyzje i pozwolenia.
Powinniśmy też wdrożyć realne wsparcie dla "cable poolingu", by już istniejące farmy mogły być efektywniej wykorzystywane. To na początek tylko tyle - i aż tyle, bo jak szacuje PSEW (Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej - przy. red.), każdy jeden gigawat zainstalowanej energii tylko z lądowych farm wiatrowych to cena na rachunku niższa o ponad 9 zł za megawatogodzinę.
"Konkurenci część rozwiązań dostają z globala. W Erbudzie to my jesteśmy globalem"
Podkreślacie, że jesteście największą spółką budowlaną w Polsce, niebędącą częścią międzynarodowych holdingów. W kategoriach patriotyzmu gospodarczego to fajna deklaracja, ale czy to jednak jakoś was nie ogranicza? Wszak duży może więcej…
Chwila, chwila! A nie można być dużym, będąc polskim? Nasi konkurenci mają tę przewagę, że część rozwiązań dostają "z globala", czyli z centrali w innym kraju. W Erbudzie to my jesteśmy "globalem" dla naszych pracowników w Niemczech, Belgii czy w Litwie. Musimy się organizować sami i sami wypracowywać swoje standardy.
Myślę, że dzięki temu zachowaliśmy pewną zwinność, którą chwalą sobie pracownicy, bo łączymy pozytywy firmy rodzinnej z dobrymi praktykami z dużych koncernów. Dzięki temu stabilnie się rozwijamy i jesteśmy skalibrowani nie na najbliższe 2-3 lata, ale na najbliższe 2-3 dekady.
Aż tyle? Jak długo Polska pozostanie jeszcze atrakcyjnym rynkiem dla firm budowlanych? Niektórzy z przedstawicieli konkurencji sygnalizują, że czas pomyśleć o ekspansji na ościenne rynki.
Przerabiałem ekspansję już kilka razy w swoim życiu i wiem, że lepiej kupić firmę miejscową z jej "korzeniami", niż sadzić od podstaw.
Zresztą wracając do początku naszej rozmowy – minęły już czasy, gdy to tylko nas "kupowano"; dziś to polskie podmioty mogą przecież śmiało czerpać z europejskiego rynku. Sami w Erbudzie mamy dziś tak dobrą pozycję gotówkową, że nie wykluczamy kolejnych akwizycji w Niemczech... Trzeba tylko poczekać na okazję.
Z jakiego segmentu?
- Erbud stoi na czterech nogach, bo w dwóch miał ograniczone możliwości rozwoju i zaczęło nam się robić trochę ciasno. Niech mi pan pokaże lepszą i większą kubaturę w Polsce niż ta erbudowa, albo silniejszy sztab ekspertów od OZE, niż ten, który mamy w ONDE... Dlatego weszliśmy w serwis dla przemysłu i budownictwo modułowe.
Kiedy słyszę pytanie o "wyczerpanie" potencjału polskiej budowlanki, to muszę odpowiedzieć, że nie widzę takiego ryzyka. Owszem, w nieskończoność nie da się budować kolei czy dróg; te duże programy się przecież kiedyś pokończą, ale nie siałbym defetyzmu, jeśli chodzi o kubaturę czy serwis przemysłu, bez którego nie da się produkować - czyli po prostu nie da się zarabiać. Jak mechanik samochodowy: musi pan tu robić przeglądy, a kiedy wyskoczy "check engine" - jechać do serwisu.
Będziemy borykać się z brakiem rąk do pracy w całym budownictwie, a to będzie windować ceny usług
Jeśli konkurenci nie mają racji, to w czym upatrujecie szansy dla siebie na utrzymanie i rozwój swojej pozycji na polskim rynku?
- Kubatura będzie rosnąć powoli, a OZE wystrzeli, kiedy tylko zostaną zdjęte kajdany, serwis ma się dobrze - i tu widzę szansę na wzrost głównie przez akwizycję.
Obszarem, który może najładniej namieszać nam w przychodach i zyskach, pozostaje na pewno budownictwo modułowe z drewna. To produkt skrojony na potrzeby przyszłych dekad i wyzwania związane chociażby z efektywnością energetyczną budynków czy niedoborem pracowników.
Będziemy borykać się z brakiem rąk do pracy w całym budownictwie, a to będzie windować ceny usług. Już przeganiamy IT, wśród 29 gusowskich zawodów deficytowych ponad połowa jest od nas z branży... Prefabrykacja, gdzie 70 proc. procesu odbywa się w fabryce, jest jedyną odpowiedzią na to wyzwanie.
W jakim stopniu Erbud chce w ogóle jeszcze być firmą budowlaną?
- Tak naprawdę to już od dawna nią nie jest... Budowlani to my byliśmy na etapie wspomnianych stanów surowych, ale od kilkunastu lat historia Erbudu to rzecz bardziej o technologii niż o laniu betonu.
Robimy specjalistyczne, zaawansowane projekty – chociażby taka hala do produkcji wież wiatrowych Baltic Towers, którą realizujemy w Gdańsku. Stopień jej skomplikowania jest imponujący - z klasycznym budowaniem z lat 90. ma już niewiele wspólnego. A farma fotowoltaiczna - tym bardziej, nasza zaś fabryka modułów MOD21 – pochwalę się, że jedna z najnowocześniejszych w Europie – to już w ogóle czysta technologia.
Dywersyfikacja grupy sprawia, że działacie także w energetyce. Czy takie granie "na kilku fortepianach" jednocześnie nie utrudnia wyznaczania i pilnowania realizacji priorytetów?
- Idąc na giełdę, deklarowaliśmy, że - oprócz wykonawstwa OZE - wejdziemy też w development farm fotowoltaicznych i produkcję energii. Dotrzymaliśmy słowa. Onde sprzedało już cztery projekty o łącznej mocy 60 MW, a w marcu uruchomiło farmę fotowoltaiczną Lewałd Wielki o mocy 32 MWp. Roczna produkcja wyniesie w niej 35 GWh, co wystarczy na zasilenie - plus minus - 12 tys. domów.
To jest właśnie realny wpływ naszej działalności na lepsze życie w Polsce i realizacja priorytetów.
Skoro już o wątku energetycznym mowa, to jak pan ocenia tempo naszej transformacji energetycznej?
- Przecież obiecałem, że nie będę dzisiaj narzekać (śmiech). W 2022 r. rozpoczęła się wojna w Ukrainie, skokowo wzrosły ceny energii, Rosja "zakręciła" kurek, a na ukraińskie elektrownie zrzuciła bomby, odcinając miliony ludzi od prądu z dnia na dzień.
Byłem przekonany, że w Polsce zakaszemy rękawy, inne kwestie zejdą na dalszy plan i zacznie się pełnoskalowa transformacja energetyczna. Bo energetyka to nie jest żadna "strategiczna gałąź biznesu", ale właściwie fundament każdej innej branży... Powtórzę: trzymam mocno kciuki za Rafała Brzoskę i jego zespół deregulacyjny.
Polska staje się właśnie wielkim placem budowy. Takie boomy kończą się hukiem upadających firm
W jakiej mierze atrakcyjne dla Was - jako firmy - są inwestycje w obronność (planowane polski rząd, ale też inne kraje Unii)? Gdzie konkretnie widzicie możliwość zaproponowania swojej oferty?
- Już mamy w portfelu ponad 200 milionów w kontraktach wojskowych w Polsce. Nie bez znaczenia jest też dla nas decyzja Niemców, którzy planują - po latach polityki "schwarze Null" (tzw. czarne zero - czyli niewielka nadwyżka w rządowym budżecie - przyp. red.) - doinwestować miliardami euro Bundeswehrę. Budowa koszarów, zaplecza czy magazynów w mobilnej formule modułów to zlecenia dla MOD21.
Czy kwestia odbudowy Ukrainy jest dla was przedmiotem zainteresowania? Czy może raczej postrzegacie to w kategorii wyzwań związanych np. ze wzrostem cen materiałów budowlanych i odpływem części pracowników?
- Trzymamy kciuki za pokój i za naród ukraiński i życzymy, aby jak najszybciej otrząsnął się po traumie wojny i odbudował swój kraj. Nie wybieramy się na Ukrainę, możemy jedynie sprzedawać gotowe moduły pod szyldem MOD21.
Myślę natomiast, że wzrost cen materiałów i "zassanie" pracowników są nieuniknione w najbliższych latach - bez względu na koniec wojny i powrót ukraińskich pracowników do domów.
Polska staje się właśnie wielkim placem budowy. Takich "boomów" przeżyłem już kilka w swoim życiu i scenariusz zazwyczaj jest taki sam. Spoiler: kończy się hukiem upadających firm.
Trzymajmy kciuki za Niemców. Tak jak oni trzymali za nas te 35 lat temu
Co zatem zrobić, by nie upaść?
- Posłużę się pewną historią: w czasach gorączki przed Euro 2012 kupiłem spółkę budującą drogi. Chwilę później podjęliśmy decyzję, by nie wybudowała ona ani jednego kilometra...
Excel pokazywał, że na tym po prostu nie zarobimy, a możemy się co najwyżej wyłożyć. Dziś spółka ta nazywa się ONDE, w 2021 r. weszła na giełdę, wybudowała co trzeci wiatrak w tym kraju, ma kapitalizację wyższą od samego Erbudu.
Nie lubię ulegać chwilowym trendom, bieżącym doraźnym programom, profiluję firmę pod nieco szersze wyzwania przyszłości, nie tej za rok, ale za dziesięć i dalej. Do dziś pamiętam, jak 15 lat temu mało kto wierzył w OZE, a na konferencjach słyszałem "panie Grzeszczak, buduj pan stadiony".
Ze względu na strukturę właścicielską, ale też część realizowanych inwestycji, macie możliwość obserwacji z bliska niemieckiej gospodarki. Co stało się takiego, że Niemcy przestały być przykładem gospodarczego sukcesu w Europie? I co z tej lekcji wynika dla nas?
- Neomerkantylny model gospodarczy, bazujący na tanich surowcach i eksportowaniu na potęgę, gdzie się da owoców niemieckiego przemysłu, zderzył się ze ścianą w 2022 r.
Rzeczywiście, motoryzacja jest na zakręcie, BASF zamyka i zwalnia, na liście 100 największych spółek technologicznych świata Niemcy mają ledwie jednego reprezentanta - firmę SAP.
Ale absolutnie nie podpisuję się pod lansowanym przez niektóre polskie media stwierdzeniem, że "Niemcy się kończą". Lubimy postrzegać postęp wyłącznie przez pryzmat technologii ze świata IT, puchniemy z dumy, chwaląc się rodzimym BLIK-iem, wyrosłym do symbolu polskiego skoku cywilizacyjnego.
Niemcy może i są rzeczywiście mniej biegli w aplikacjach i nadal korzystają z faksów, ale ze swoim mieszczańskim etosem pracy, koncyliacyjnym charakterem dyskusji, transparentnością wydatków, poszanowaniem zasad dystrybucji dóbr jeszcze przez wiele lat nadawać będą ton nie tylko na naszym kontynencie.
Darujmy sobie zatem pojawiające się w mediach "Schadenfreude" (przyjemność czerpana z cudzego nieszczęścia czy też niepowodzenia - przyp. red.) i trzymajmy kciuki. Tak jak oni trzymali za nas te 35 lat temu...