Tomasz Domogała: musimy zrobić wszystko, by chronić nasz rynek. Wiele sektorów już straciliśmy
Aleksandra Helbin - 09-04-2025
W dobie nowej wojny handlowej nasza pozycja wydaje się przegrana. - Czy Europa jest zjednoczona w konkurencji z mocarstwami, czy może całkiem sfragmentaryzowana? Czy firma z UE może liczyć na jakiekolwiek wsparcie z Brukseli w walce z konkurencją spoza Unii, czy wstawi się za europejską firmą w ekspansji na amerykański rynek? - stawia fundamentalne pytania Tomasz Domogała, właściciel i przewodniczący rady nadzorczej TDJ.
- - Gospodarka Unii ma ogromny potencjał - dostrzeżmy go, ochrońmy nasz rynek i wykorzystajmy własny potencjał dla dobra mieszkańców UE - apeluje w rozmowie z WNP.PL Tomasz Domogała.
- Właściciel TDJ podkreśla, że musimy zrobić wszystko, by chronić nasz wewnętrzny rynek przed rosnącą konkurencją, szczególnie azjatycką. - Wiele sektorów już zostało przez Europę straconych. Czy jesteśmy gotowi stracić kolejne? - pyta Tomasz Domogała.
- - Cieszę się, że rozmawiam z WNP.PL, czyli portalem, który na bieżąco monitoruje polski przemysł i go bardzo dobrze rozumie, bo to jest właśnie czas, gdy powinniśmy zacząć głośno mówić, że wspieranie lokalnej produkcji ma fundamentalne znaczenie - podsumowuje.
- Portal WNP.PL obchodzi w tym roku 25-lecie. Specjalny, jubileuszowy projekt "25 na 25 WNP.PL" to cykl rozmów z 25 osobami, które w godny uwagi sposób współkształtowały i współkształtują gospodarczy obraz naszego kraju. Finał cyklu planowany jest na Europejskim Kongresie Gospodarczym (23-25 kwietnia 2025 r.).
Finał projektu 25 na 25 WNP nastąpi podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego (23-25 kwietnia 2025 r.). Źródło: PTWP
WNP.PL świętuje jubileusz 25-lecia. Ćwierć wieku portalu to jednak niewiele przy historii TDJ, która sięga lat 70. ubiegłego wieku. Firmę zakładał Jacek Domogała, Tomasz Domogała przejął w niej stery 15 lat temu w 2010 r. To zupełnie dwa różne światy dla biznesu. Który z panów miał łatwiej?
- Czas bardzo szybko leci i trudno mi uwierzyć, że już 15 lat zarządzam TDJ, aWNP.PL ma ćwierć wieku!
Odpowiadając na pytanie, kto miał łatwiej, to zdecydowanie uważam, że ja. Patrząc na ostatnie 250 lat historii Polski, to mamy szczęście żyć w najlepszych dekadach od ćwierćtysiąclecia - powinniśmy to doceniać.
Dzisiaj przedsiębiorcy nie mogą narzekać. Największym wyzwaniem konkurencja i zmienność
To jednak czasy pańskiego ojca postrzegane są jako pionierskie w polskim biznesie. Wtedy rodziły się dzisiejsze fortuny, wielkie biznesy…
- Mój ojciec pierwsze kroki w biznesie stawiał jeszcze w końcówce lat 70. ubiegłego wieku. Bardzo silny gen przedsiębiorczości sprawił, że parł w kierunku biznesu wbrew całemu systemowi, który wręcz prześladował w tamtym czasie każdą prywatną inicjatywę. Wówczas przepisy zezwalały prywatnemu pracodawcy zatrudniać maksymalnie 10 pracowników. Zwiększenie zatrudnienia wymagało specjalnych zgód administracyjnych. Ojciec połączył więc siły z braćmi, dzięki czemu mogli razem budować większe przedsiębiorstwo. Biznes robiło się wbrew systemowi.
Patrząc na dzisiejszy wolny rynek i swobodę działalności, to naszym największym wyzwaniem jest mierzenie się z silną konkurencją i wysoką zmiennością - nie mamy prawa narzekać.
Jako przedsiębiorcy możemy swobodnie oddychać powietrzem wolnej Polski, a nasza praca jest coraz bardziej doceniana.
W Stanach Zjednoczonych panuje wręcz kult przedsiębiorczości. Ta świadomość w Polsce też się powoli rodzi. Biznesmen to już nie geszefciarz i cwaniak z lat 90., tylko człowiek tworzący miejsca pracy, budujący złożone organizacje, rozwijający technologie, inwestujący w rozwój kompetencji własnych pracowników i obsługujący klientów w kraju i za granicą. Tym wszystkim buduje nie tylko własną firmę, ale przyczynia się do wzrostu dobrobytu całego kraju. Dodatkowo zaczyna być widoczna aktywność filantropijna, przedsiębiorcy angażują się w projekty społeczne, co mnie bardzo cieszy.
To porozmawiajmy o dzisiejszych wyzwaniach. Wspomniał pan o konkurencji. Co dla pana oznacza w obecnej, trudnej sytuacji geopolitycznej konkurencyjność? Wieszczy się koniec globalizacji, coraz więcej wokół nas protekcjonizmu, coraz mniej wolnego handlu. Czy biznes powinien być chroniony przez państwo? Czy potrzebuje pozaregulacyjnego wsparcia?
- To dziś ważne zagadnienie z perspektywy dalszego szybkiego rozwoju nie tylko naszego kraju, ale też całej Europy. Systemowe wsparcie oraz tworzenie przyjaznych dla biznesu regulacji są istotne dla rozwoju gospodarki. Natomiast warto zaznaczyć, że ono już się zaczęło pojawiać.
Jako firma wielokrotnie już skorzystaliśmy z różnego rodzaju mechanizmów realnego wsparcia, jakie oferuje chociażby Polski Fundusz Rozwoju, KUKE, BGK czy też dotacje na R&D (badania i rozwój - przyp. red.). Dobrym przykładem są programy PFR, jak chociażby Fundusz Ekspansji Zagranicznej, pomagający polskim firmom rozwijać się poza krajem. PFR zasila również rynek finansowy poprzez inwestycje w fundusze private equity czy venture capital. To jest potrzebne, bo ułatwia przedsiębiorcom dostęp do kapitału.
Z tych programów korzystamy, oczywiście można chcieć więcej, ale doceńmy, że to wsparcie jest.
Bez wsparcia państwa biznesowi ciężko będzie się przebić na globalnych rynkach
Czyli z tym naszym otoczeniem dla biznesu nie jest tak źle?
- Proszę mi pozwolić dokończyć wypowiedź (śmiech – przyp. red.). Zwróciła pani uwagę na zachodzące zmiany geopolityczne, zmierzch globalizacji. W takim otoczeniu bez wsparcia państwa polskim firmom będzie coraz trudniej się przebić.
Proszę zobaczyć, jak działa administracja prezydenta USA, która prowadzi dyplomację gospodarczą i pomaga amerykańskim firmom zdobywać kontrakty zbrojeniowe czy atomowe. Chiny wspierają eksport własnych producentów i finansują ich w sposób nieporównywalny do nas. Tak powstają globalne firmy, które reprezentują interes gospodarczy danego kraju.
I tu pojawiają się fundamentalne pytania, czy Europa jest zjednoczona w tej konkurencji z mocarstwami, czy może całkiem sfragmentaryzowana? Czy firma z UE może liczyć na jakiekolwiek wsparcie z Brukseli w walce z konkurencją spoza Unii? Czy Unia Europejska wstawi się za europejską firmą w ekspansji na amerykański rynek? I najważniejsze pytanie – czy naprawdę jest nam obojętne, że chińskie firmy podbijają nasz rodzimy rynek i nie chcemy wspierać na nim własnych firm?
Cieszę się, że dostajemy wsparcie na poziomie krajowym, w tym oczywiście środki unijne, ale dzisiaj toczy się już gra globalna i mocarstwa, takie jak Stany Zjednoczone czy państwa BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny - przyp. red.), umacniają swoją pozycję na geopolitycznej mapie świata.
W tym samym czasie podzielona, a często wręcz wewnętrznie skonfliktowana Europa robi niewiele, by budować siłę europejskich firm na arenie międzykontynentalnej, a co gorsza, nie chroni własnego rynku.
W UE mamy umowę o wolnym handlu, ale potrzebny jest kolejny krok w kierunku integracji, szczególnie, że Unia Europejska ma ogromny rynek wewnętrzny - 450 mln mieszkańców, o 100 mln więcej niż USA, i PKB mierzony parytetem siły nabywczej na poziomie prawie 65 tys. dolarów na osobę, czyli tyle samo, ile wynosi on w przeliczeniu na jednego mieszkańca USA.
Europa przez ostatnie 20-30 lat systematycznie traciła konkurencyjność względem rywali
Jaka zatem przyszłość czeka europejski, w tym polski przemysł? Co powinniśmy zrobić, by Europa nie wylądowała na bocznym torze globalnej gospodarki?
- To jest moment, w którym musimy bardzo głośno zacząć mówić o local contencie. Patrząc na sytuację geopolityczną, uważam, że od wspomnianego protekcjonizmu w Europie niestety nie ma odwrotu, choć chciałbym, by było inaczej.
Europa powinna dziś być na tyle silna ekonomicznie i technologicznie, że firmy z naszego kontynentu powinny bez żadnego wsparcia wygrywać kontrakty na całym świecie. Niestety tak nie jest - przez ostatnie 20-30 lat Europa systematycznie traciła konkurencyjność względem rywali.
Cieszę się, że rozmawiam z WNP.PL, czyli portalem, który na bieżąco monitoruje polski przemysł i go bardzo dobrze rozumie, bo to jest właśnie czas, gdy powinniśmy zacząć głośno mówić, że wspieranie lokalnej produkcji ma fundamentalne znaczenie. Powinniśmy jak największą część łańcucha dostaw lokować właśnie u nas.
Tylko jak to zrobić? Unia wręcz zakazuje preferowania dostawców ze względu na kraj pochodzenia…
Musimy zrobić wszystko, by chronić nasz wewnętrzny rynek przed rosnącą konkurencją, szczególnie azjatycką. Wiele sektorów już zostało przez Europę straconych. Czy jesteśmy gotowi stracić kolejne?
Europa nie ma ani swojego Google'a, ani swojego Microsoftu, w wyścigu AI jako pierwsza zaciągnęła hamulec. Tak samo cały segment zielonej energii oddaliśmy prawie bez walki. Nie mamy producentów fotowoltaiki, inwertery również importujemy z Chin, próbowaliśmy stworzyć europejskiego championa bateryjnego i widzimy, co się stało z Northvoltem.
A mówimy tutaj o nowoczesnych gałęziach gospodarki, bo te tradycyjne świadomie odpuściliśmy już wcześniej, lokując produkcję poza Europą.
Nawet gdy mówimy o węglu, to nasza perspektywa jest zakrzywiona polityką europejską. Chcemy wyeliminować całkowicie węgiel z miksu energetycznego, podczas gdy na świecie jego wydobycie co roku rośnie, a Międzynarodowa Agencja Energii koryguje w górę swoje prognozy globalnego popytu na ten surowiec, który według najnowszych danych sięgnie w 2027 roku ponad 9 mld ton. Dzieje się tak, ponieważ jest on optymalnym stabilizatorem sieci w miksie energetycznym, nawet tym mocno opartym o OZE.
Dobrym przykładem absurdalnego działania Unii jest sektor automotive. Europa była potęgą w tradycyjnej motoryzacji, przegapiliśmy jednak rewolucję elektromobilności, a następnie wprowadziliśmy najbardziej ambitne cele dekarbonizacji, zakładając wycofanie silników spalinowych, nie budując lokalnego łańcucha wartości dla elektromobilności. Przez to europejska produkcja motoryzacyjna przechodzi przez ogromny kryzys, co najdotkliwiej odczuwają Niemcy, podczas gdy my przesiadamy się na amerykańską Teslę i chińskie BYD, MG, Jaecoo, Omode i inne.
Biznesmen to już nie geszefciarz i cwaniak z lat 90., tylko człowiek tworzący miejsca pracy, budujący złożone organizacje, rozwijający technologie, inwestujący w rozwój kompetencji własnych pracowników i obsługujący klientów w kraju i za granicą - mówi WNP.PL Tomasz Domogała. Fot. mat. pras. TDJNajbliższym dla Śląska przykładem jest ostatni przetarg na zakup autobusów elektrycznych przez miasto Katowice. Miasto, zgodnie z prawem zamówień publicznych, wybrało ofertę najtańszą i za 117 mln zł kupiło 30 autobusów chińskich. Rozumiem, że oferta była niższa o około 3 mln zł, ale te pieniądze pójdą do Chin, zamiast trafić do zlokalizowanego w Polsce Solarisa i polskiego Impactu, który produkuje dla niego baterie. Te pieniądze nie wrócą do państwa w postaci podatków (chociażby pracowniczych) płaconych przez te firmy.
Co najciekawsze, ten zakup był sfinansowany ze środków KPO. Czy naprawdę stać nas na to, aby środki z Krajowego Planu Odbudowy przeznaczać na wzmacnianie chińskich firm kosztem naszych? Czy my naprawdę "odbudowujemy" nasz kraj, kupując chiński sprzęt? Czy polskie firmy nie zasługują na wsparcie ze względu na fakt płacenia tutaj podatków? Bo najpierw nakładamy na europejskie firmy wysokie podatki, płace minimalne, ESG oraz koszty emisji CO2, a potem, gdy europejskie firmy są odrobinę droższe, właśnie przez powyższe regulacyjno-biurokratyczne czynniki decydujemy się dać biznes firmom spoza Europy, które nie są obciążone tymi regulacjami. Gdzie tutaj jest sens?
Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Tylko w 2024 r. europejskie miasta, takie jak np. Ateny, Madryt, Budapeszt czy Turyn, kupiły autobusy od chińskich dostawców.
Warto do końca walczyć o lokalną produkcję w Europie
Wymienił pan sektory, które już straciliśmy. A gdzie Europa ma jeszcze szansę, by zawalczyć o swoje miejsce?
- Moim zdaniem nie należy się poddawać, nawet w tych dziedzinach, w których już straciliśmy prymat – to przede wszystkim kwestia stworzenia konkurencyjnych warunków dla prowadzenia produkcji w Europie. Jeśli chodzi o sektory, w których powinniśmy ze szczególną determinacją umacniać swoją obecność i niezależność, to oczywiście jest to obronność. Jesteśmy w stanie produkować uzbrojenie w Europie w oparciu o własną myśl technologiczną i moce wytwórcze. Poza tym mądre inwestowanie środków w rozwój technologii na naszym kontynencie leży w naszym strategicznym interesie.
Jest to obszar, który moim zdaniem jest polem do współpracy państwowych spółek z prywatnym kapitałem, by również w tym sektorze rynku zwiększyć liczbę podmiotów i podnieść konkurencyjność. Oczywiście przy zachowaniu odpowiednich regulacji, które przy całej specyfice sektora zbrojeniowego zapewnią odpowiednie bezpieczeństwo.
Kolejnym ogromnym rynkiem, o który powinniśmy zawalczyć, są technologie związane z transformacją energetyczną. Warto postawić tutaj na local content i nie akceptować faktu, że ich pochodzenie nie ma znaczenia.
Sektor energetyczny był, jest i będzie najbardziej strategiczną gałęzią gospodarki każdego kraju, która definiuje naszą niezależność. Od niego zależy konkurencyjność naszej gospodarki, bo cena energii zawarta jest w każdym produkcie.
Zaczęliśmy rozmowę od lat 70. ubiegłego wieku. Polska energetyka była wówczas oparta wyłącznie na węglu. Zasoby mieliśmy krajowe, prawie cały łańcuch dostaw był polski. Potrafiliśmy zaprojektować, wybudować elektrownię i kopalnię. Mieliśmy też silny przemysł maszyn górniczych, czyli własną technologię i zdolności wytwórcze. Byliśmy w stanie sami prowadzić produkcję energii. Cały łańcuch wartości był polski. Co więcej, potrafiliśmy go eksportować - od maszyn przez technologię wydobycia.
Dziś wiemy, że wpływ węgla na środowisko jest negatywny, ale pod kątem gospodarczym wciąż daje nam niezależność. Bierzemy udział w transformacji energetycznej, wiemy, że rola węgla będzie minimalizowana, wchodzimy w nowe źródła wytwarzania i – niestety – cały łańcuch dostaw mamy poza krajem. Komponenty fotowoltaiki kupujemy w Chinach, wiatraki w Niemczech, atom z Francji lub Stanów. Elektrownie gazowe nie dają nam niezależności energetycznej. Z tego punktu widzenia nieuchronna transformacja zeroemisyjna będzie obniżać konkurencyjność polskiej gospodarki. Dlatego jest ogromna przestrzeń do walki o udział polskiego przemysłu w tej transformacji.
Ale czy jesteśmy w stanie jeszcze wystartować do tego wyścigu, gdy – jak sam pan wskazał – rynek jest już zdominowany przez innych?
- Zapewne kosztowo nigdy nie będziemy w stanie rywalizować z Chinami. Technologicznie przegrywamy chociażby z Amerykanami. Dlatego to bardzo dobre pytanie, czy mamy szansę zaistnieć w łańcuchu wartości transformacji energetycznej?
Rozmawia pani z przedsiębiorcą, który twardo stąpa po ziemi i nie ma złudzeń, co do naszych szans w tej rywalizacji, ale uważam, że wciąż powinniśmy znaleźć swoje nisze w tym łańcuchu. Powinniśmy przy tym walczyć o interes Europy. Gospodarka Unii ma ogromny potencjał - dostrzeżmy go, ochrońmy nasz rynek i wykorzystajmy własny potencjał dla dobra mieszkańców UE. Mając tak wielkie możliwości, nie znajdziemy swoich nisz?
Jakie to mogą być nisze?
- Dobrym przykładem mogą tu myć technologie magazynowania energii. W najbliższych latach czekają nas ogromne, wielomiliardowe inwestycje. O ile znaczącą część ogniw do tych magazynów i tak będziemy kupować z Azji, to czy jesteśmy gotowi, by oddać też rolę producenta?
Tutaj jest spore know-how i IP, kontrola nad systemami BMS i EMS, które za chwilę będą wspomagane AI dla jeszcze lepszej optymalizacji, a także cała warstwa cybersecurity tych magazynów. Naprawdę jest nam obojętne, gdzie to będzie wytwarzane? Bo jeżeli nie, a nie powinno, to musimy wesprzeć europejskie firmy, w tym polskie, by mogły w tym sektorze zaistnieć. Powinniśmy zadbać o odpowiednie preferencje dla polskich producentów, zwracać uwagę na local content, by nasze firmy były beneficjentami tej transformacji.
Oprócz magazynów energii, my – jako firma – włączamy się w walkę o udział polskiego przemysłu w technologii wiatrowej – chcemy zbudować polski wiatrak. Zdajemy sobie sprawę, że konkurencja jest tu silna, że wejście na ten rynek jest trudne, ale mamy pewien pomysł na nisze na tym rynku, o którą spróbujemy zawalczyć. Tu swoją rolę do odegrania ma z pewnością państwo, by stworzyć system wsparcia, który pomoże lokalnym producentom zaistnieć na rynku, dzięki preferencji local contentu.
Famur z grupy TDJ chce zbudować polski wiatrak. Fot. Shutterstock/Nicram SabodWsparcie nie rozwiąże problemu, potrzebne są innowacje, a z tymi w Polsce nie jest najlepiej. Wydatki polskich firm na badania i rozwój latami mocno odstawały od innych krajów…
- Polski przemysł historycznie był relatywnie mało innowacyjny. Ale na szczęście to się zmienia i wydatki firm przemysłowych na badania i rozwój wzrosły dwukrotnie w ciągu ostatnich 10 lat. Myślę, że jest to po prostu kolejny etap naturalnego rozwoju. Po czasie zdobywania rynku, budowania kapitału i mocy wytwórczych przychodzi czas na konkurowanie technologią, co naturalnie zmusi nas do inwestycji w innowacje i przełoży się na dalszy wzrost wydatków na badania i rozwój.
Mówimy o dojrzałym biznesie, a jaka jest kondycja polskich innowatorów? TDJ w ramach swojego ramienia Venture inwestuje w młode innowacyjne biznesy, ma więc swoje doświadczenia…
- Ten rynek jest wciąż bardzo niedojrzały, niesprofesjonalizowany i jeszcze wiele nieudanych inwestycji i wiele biznesowych zawodów musi się wydarzyć. To jest część niezbędnego procesu uczenia się.
Rynek start-upów w Polsce został zbudowany w oparciu o system venture capital takich instytucji jak NCBR czy PFR. Bez tych publicznych pieniędzy rynku w ogóle by nie było. Jednak to spowodowało, że musieliśmy przerobić wiele bolesnych doświadczeń i nieudanych inwestycji w start-upy, które nie rozumiały biznesu, bo były uzależnione od publicznych środków lub inwestorów.
W Polsce jesteśmy po pierwszej fali ogromnego entuzjazmu, a obecnie sporego zawodu. Teraz pora na tworzenie zdrowych biznesów. Jestem przekonany, że pojawi się wielu kompetentnych i profesjonalnych graczy i mocno temu kibicujemy i wspieramy najlepszych. Fakt zbudowania tego rynku w ostatniej dekadzie, pomimo błędów, uznaję na plus.
Mamy przeregulowany rynek. Biznes dławią wysokie stopy procentowe
Rozmawiamy o tym, jak poprawić otoczenie dla biznesu w Polsce, podnieść konkurencyjność naszej gospodarki, więc nie możemy uniknąć tak głośnego obecnie tematu deregulacji. Co wymaga pilnej zmiany i jak sprawnie przeprowadzić ten proces?
- Mamy przeregulowany rynek zarówno na poziomie europejskim, jak i polskim. To ogranicza naszą przedsiębiorczość, szybkość i swobodę działania, możliwość podejmowania decyzji, a także apetyt na ryzyko.
Dobrą odpowiedzią na postawione przez panią pytanie jest inicjatywa zapoczątkowana przez premiera Donalda Tuska i kontynuowana pod przewodnictwem Rafała Brzoski. Bardzo się cieszę, że udało się zjednoczyć w działaniu tak wiele grup przedsiębiorców i nasza siła polega na tym, że mówimy mocnym, wspólnym głosem. Sami oddelegowaliśmy do prac w tym projekcie siedmiu ekspertów od prawa pracy, zamówień publicznych po edukację, by mogli wnieść swój wkład we wspólny wysiłek deregulacji. Mamy nadzieję, że będą z tego owoce. Na pewno ruch, w którym rząd zaprosił przedsiębiorców do dialogu i zapytał, co nas boli, albo w jaki sposób można nas odciążyć, jest dobry, dlatego temu kibicujemy.
Obok deregulacji jest jeszcze jedna kwestia będąca solą w oku polskich przedsiębiorców. To wysokość stóp procentowych. Mam wrażenie, że czasy poważnej inflacji są już za nami i warto pójść w ślady EBC (Europejskiego Banku Centralnego - przyp. red.) czy Szwajcarii i rozpocząć cykl obniżek.
W mojej ocenie polityka monetarna w Polsce powinna bardziej brać pod uwagę rozwój rodzimego biznesu.
Nie jest to pierwsza inicjatywa deregulacyjna rządów i to różnych opcji politycznych. Janusz Palikot próbował ze swoją komisją, Jarosław Gowin też podjął wysiłek ograniczenia biurokracji. Dlaczego tym razem ma się udać?
- Rozmawia pani z przedsiębiorcą, nie z politykiem. Ja staram się znać na biznesie i mogę powiedzieć, co nam przeszkadza w działaniu. Natomiast działania regulacyjne to domena polityków i to ich trzeba pytać, czy tym razem się uda i dopingować, by tak się stało.
Polskie górnictwo wciąż buduje naszą niezależność energetyczną i stabilizuje system
Zaczęliśmy rozmowę od początków TDJ, które mocno związane były z przemysłem i to tym najcięższym, czyli zapleczem górnictwa. Jak z perspektywy firmy, która dziś ma już bardzo zdywersyfikowany biznes, ale wciąż przemysłowe DNA, zmienił się polski przemysł i jaka czeka go przyszłość?
- Uważam, że za mało doceniamy to, co nam pozostało w obszarach górnictwa czy hutnictwa. My wciąż wierzymy w przemysł i uważamy, że powinien nadal się rozwijać w Polsce i w Europie. Nie powinniśmy się zgadzać na całkowity outsourcing ciężkiego przemysłu - fakt, że będzie on prowadzony poza Europą wcale nie zmniejszy globalnego śladu węglowego, może być wręcz odwrotnie. Dlatego takie inicjatywy, jak budowana przez Cognor Przemysława Sztuczkowskiego nowa walcownia w Siemianowicach Śląskich, są strategicznie ważne dla polskiego gospodarki i wymagają wsparcia.
To może zabrzmi dziś niepopularnie, ale polskie górnictwo wciąż buduje naszą niezależność energetyczną i stabilizuje system. Oczywiście jest to bardzo emisyjny sektor, co wiąże się z ogromnymi kosztami podatkowymi, ale nie możemy zrezygnować z węgla z dnia na dzień. Nie dostrzegamy też znaczenia górnictwa dla przemysłu obronnego. W tym kontekście warto wspomnieć o JSW i jej strategicznej roli kluczowego dostawcy koksu w Europie, niezbędnego do produkcji stali.
Jestem gorącym orędownikiem transformacji, TDJ inwestuje w odnawialne źródła energii, magazyny energii, pracujemy nad polską technologią wiatraków i jesteśmy gotowi podjąć ryzyko rozwoju takich produktów. Ale jednocześnie doceniajmy przemysł, który wciąż jest i nie powinniśmy go zbyt szybko skreślać.
To, co się dzieje obecnie w polskich kopalniach węgla kamiennego, gdzie redukuje się zatrudnienie poprzez atrakcyjne programy dobrowolnych odejść, uważam za błąd. Tym sposobem z kopalń odejdą najlepsi, którzy znajdą łatwo pracę w nowym miejscu. W ten sposób osłabiamy wciąż ważną gałąź polskiej gospodarki. Zważywszy na obecnie niską stopę bezrobocia, zakłady górnicze powinny mieć komfort decyzji, by móc pozostawić w swoich kadrach najbardziej wartościowych pracowników, a ten program w tym nie pomoże.
Ale od transformacji nie mamy odwrotu. Unia nie zamierza zarzucić swoich klimatycznych ambicji…
- Jestem za transformacją, ale niech będzie to przemyślana transformacja z docenieniem tego, co było i w części jeszcze jest. I niech będzie to zaplanowana transformacja, która da czas ludziom na przygotowanie się do zmiany. Na pewno nie powinniśmy podcinać gałęzi, na której jeszcze siedzimy, przynajmniej do czasu, gdy nie zdążyła jeszcze wyrosnąć nowa gałąź, na którą chcemy się przesiąść. Inaczej czeka nas bolesny upadek. Powinniśmy uruchomić najpierw elektrownię jądrową i wtedy ze spokojem możemy wdrożyć program dobrowolnych odejść z całego łańcucha energetyki konwencjonalnej. Robienie tego w odwrotnej kolejności jest niebezpieczne.
Węgiel kiedyś jednak przejdzie do historii, czy wówczas również ta przemysłowa, związana z branżą wydobywczą część biznesu TDJ się skończy?
- Ten sektor jest nam bardzo bliski zarówno pod kątem biznesowym, jak i emocjonalnym, bo to część naszej historii. Jednak wszyscy pracownicy mogą być przekonani, że są częścią grupy, która potrafi odnaleźć się w tej transformacji i robi maksymalnie dużo, by wykorzystać budowane przez lata kompetencje.
A czy rynki eksportowe, pozaunijne, gdzie węgiel wciąż ma się dobrze, mogą być szansą dla rozwijającego technologie sektora wydobywczego Famuru?
- Największym rynkiem eksportowym dla Famuru była Rosja. Po wybuchu wojny na Ukrainie ten rynek straciliśmy i nie widzimy szans jego odbudowy, nawet gdy ten konflikt się zakończy. W innych krajach mamy ogromną ekspansję producentów chińskich, którzy niestety zmonopolizowali wiele zagranicznych rynków, teraz również ten rosyjski.
Dlatego w Famurze budujemy nowe kompetencje, które są odpowiedzią na wyzwania transformacji. Gdy nie będzie już zapotrzebowania na kombajny górnicze, chcemy produkować i serwisować przekładnie wiatrowe.
Na koniec o działalności społecznej. Pana działalność filantropijna jest skoncentrowana na edukacji. Dlaczego?
- To wynik osobistego przekonania i doświadczeń. Miałem to szczęście, że już od najmłodszych lat rodzice zaszczepili mi szacunek do pracy, przedsiębiorczości i odpowiedzialności – a przede wszystkim przekonanie, że edukacja jest kluczem do przyszłości, czego mogłem doświadczyć w kilku fantastycznych ośrodkach akademickich. Uświadomiło mi to, jak ogromny potencjał drzemie w młodych ludziach – o ile stworzy się im odpowiednie warunki.
Dziś wiem, że inwestowanie w edukację to jedno z moich najważniejszych zadań. Może zabrzmi to jak frazes, ale przyszłość zaczyna się dziś – dlatego musimy mądrze inwestować w rozwój młodych ludzi. Dlaczego edukacja? Bo to fundament wszystkiego.
Silne społeczeństwa i silne firmy potrzebują ludzi o otwartych umysłach, dobrze rozwiniętych kompetencjach i jasno określonych wartościach.
Dlatego nasze programy kierujemy zarówno do dzieci, jak i do nauczycieli, a we współpracy z rodzicami i partnerami biznesowymi tworzymy system, który realnie wspiera rozwój młodego pokolenia. Jako przedsiębiorcy mamy nie tylko możliwość, ale i obowiązek angażować się w ten proces – poprzez zasoby i wiedzę praktyczną. Cieszę się, że nasze projekty możemy realizować wspólnie z innymi przedsiębiorcami. Dzięki temu wspólnie osiągniemy większy i bardziej trwały efekt.