Bank nie finansuje politycznych haseł. Wiceprezes PKO BP o ryzyku w wielkich inwestycjach

Aleksandra Helbin • 2026-02-05 06:01
Local content w strategicznych inwestycjach łatwo zamienia się w polityczne hasło. Dla banku finansującego transformację energetyczną liczy się jednak nie deklaracja, lecz proces. Krzysztof Dresler, wiceprezes PKO BP, w rozmowie z WNP tłumaczy, dlaczego o sukcesie decyduje zdolność kraju do „hodowania” dostawców, a nie narodowość komponentu.
Dyskusja o local content jest dyskusją o tym, czy zbudujemy kompetencje, które pozwolą polskim firmom być trwałym i powtarzalnym elementem globalnych łańcuchów dostaw przez kolejne dekady. To jest wymiar strategiczny rozwoju kraju! - mówi Krzysztof Dresler.
  • - Z mojej perspektywy dyskusja o rozwoju local contentu, czy lepiej mówiąc domestic capacity, jest dyskusją o tym, czy zbudujemy kompetencje, które pozwolą polskim firmom być trwałym i powtarzalnym elementem globalnych łańcuchów dostaw przez kolejne dekady. To jest wymiar strategiczny rozwoju kraju! - podkreśla Krzysztof Dresler. 
  • - Zwiększenie obecności komponentu lokalnego to rzadko prosta zamiana zagranicznych dostawców na lokalnych. To systemowe hodowanie kompetencji - mówi wiceprezes PKO BP, wskazując na wielokwartałowe procesy R&D, testów i certyfikacji jako warunek bankowalności projektów.
  • - Local content to nie tylko części i urządzenia. To także R&D, serwis, utrzymanie i finansowanie realizowane lokalnie - zaznacza Dresler. W sektorach strategicznych dostępność usług i ciągłość działania mają realną wagę w ocenie ryzyka przez banki.
  • O praktycznym wymiarze budowy lokalnego komponentu w realizowanych mega inwestycjach rozmawiać będziemy już 9 lutego podczas EEC Trends, konferencji, która będzie prologiem do Europejskiego Kongresu Gospodarczego. 

Local content w strategicznych inwestycjach bywa przedstawiany jako impuls rozwojowy dla gospodarki, ale też jako potencjalne ryzyko dla terminów i kosztów projektów. Jak z perspektywy banku, który chce finansować transformację energetyczną, oddzielić realną strategię zaangażowania polskiego przemysłu do megainwestycji od politycznego hasła?

- Z punktu widzenia banku local content, a właściwie szerzej rozumiany domestic capacity, czyli lokalny potencjał, przestaje być politycznym hasłem wtedy, gdy zaczyna być namacalnym procesem, a nie deklaracją.

Domestic capacity, czyli lokalny potencjał zamiast protekcjonizmu

Nie chodzi tylko o to, czy komponent jest „polski”, tylko czy kraj potrafi stworzyć otoczenie gospodarcze, aby w sposób powtarzalny projektować, testować, certyfikować i dostarczać seryjnie w określonym czasie ważne innowacyjne komponenty łańcucha dostaw.

Dobrym przykładem jest niemiecki przemysł automotive sprzed kilku dekad, gdy był w fazie rozkwitu, właśnie dzięki rozwojowi łańcucha dostaw.

Który teraz jest w kryzysie…

- Tak, ale to efekt coraz bardziej skomplikowanej sytuacji geopolitycznej i dominacji Chin w branży motoryzacyjnej, co nie zmienia faktu, że w niemieckim przemyśle przez lata skutecznie budowano łańcuchy dostaw w oparciu o wystandaryzowane, wielokwartałowe procesy rozwoju dostawców.

„Hodowanie dostawców” jako warunek bankowalności inwestycji

Zwiększenie obecności komponentu lokalnego w gospodarce to rzadko prosta zamiana zagranicznych dostawców na lokalnych. To systemowe „hodowanie” kompetencji u dostawców. Dlatego warto - zwłaszcza teraz - przyglądać się temu, jak zrobili to kiedyś zachodni sąsiedzi Polski.

Na czym zatem polegać ma local content. Wciąż, mam wrażenie, mamy problem z definicją tego pojęcia…

- Wolę mówić o domestic capacity niż o local content, bo to pojęcie lepiej oddaje sens całej dyskusji i nie ma w sobie nadmiaru protekcjonistycznego tonu.

Chodzi o realne wykorzystanie lokalnego potencjału kraju: kompetencji, ludzi, zaplecza inżynieryjnego i przemysłowego, czyli ogromny wysiłek w zakresie zwiększenia R&D w polskich firmach - a nie tylko proste hasło „polskie znaczy lepsze”, które w unijnych realiach konkurencyjnych musi się jeszcze obronić.

W energetyce czy w sektorze obronnym mówimy dziś o bardzo złożonych systemach i łańcuchach dostaw. Sprowadzenie local content do prostej zamiany zagranicznego komponentu na polskiego dostawcę może okazać się niewystarczające. Bardzo często brakującego komponentu po prostu u nas nie ma, dlatego i kluczowe jest uwzględnienie procesu rozwijania, i wzmacniania lokalnego łańcucha dostaw, który ja nazywam „hodowaniem dostawców”.

Aby local content zaczął być dojrzałym systemowym programem rozwojowym gospodarki, musimy wypracować wystandaryzowane ścieżki rozwoju lokalnych dostawców, kamienie milowe rozwoju, testy i certyfikacje komponentów. W takich warunkach ryzyko projektu wyhodowania nowego komponentu staje się mierzalne i możliwe do kontrolowania.

Tam, gdzie local content opiera się na realnym procesie i kontroli ryzyka, staje się elementem stabilizującym inwestycję. Tam, gdzie jest wyłącznie deklaracją, mamy często do czynienia z generowanym nieoczekiwanym ryzykiem, nadmiarowymi kosztami i brakiem terminowego zakończenia projektu. Dobry wystandaryzowany proces to jest pewna granica, którą jako instytucja finansująca musimy bardzo wyraźnie widzieć, dlatego że spłata kredytu jest m.in. funkcją jakości i przejrzystości prowadzonych projektów.

Co w praktyce oznacza to „hodowanie” dostawców?

- Jednym z nich jest wystandaryzowany proces, znany z automotive jako APQP, czyli Advanced Product Quality Planning. Polega on na przejściu drogi od fazy R&D, przez testy i certyfikację, aż do wzorca produkcyjnego komponentu. To proces wielokwartałowy, czasem kilkunastokwartalny.

Firma, która chce wejść do łańcucha dostaw, rozwija komponent we współpracy z odbiorcą w ramach projektu R&D, często przy współfinansowaniu przez przyszłego odbiorcę. Po drodze są kamienie milowe, testy, certyfikacje i jasne zasady współpracy po wypracowaniu wzorca seryjnego komponentu, czyli m.in. pojawiają się zobowiązania do zamówień konkretnych wolumenów. Dopiero gdy wzorcowy komponent zostanie zaakceptowany, uruchamia się perspektywa wolumenów produkcji.

Dzięki załączeniu do umowy zobowiązań odnośnie przyszłych wolumenów zamówień, drogę do rozmów z bankami o finansowaniu nowy dostawca rozpoczyna nie po uzyskaniu wzorca seryjnego komponentu, lecz już w trakcie procesu jego „hodowania”. Dla nas kluczowe jest to, że proces jest uporządkowany, przewidywalny i zamknięty konkretnym wolumenem biznesowym współpracy.

Polskie firmy mają kompetencje, większy problem mają integratorzy

Z R&D w polskim biznesie bywa różnie, dlatego muszę zapytać, czy polskie firmy mają kompetencje, by sprostać takim wymaganiom?

- Jak najbardziej. Polska jest dziś krajem dostawców komponentów i podzespołów. Krajowe firmy wręcz wyspecjalizowały się w tym obszarze i od lat dostarczają elementy do zagranicznych projektów. Wielu polskich inżynierów zna te procesy „hodowania komponentów” od podszewki, bo pracowało w międzynarodowych łańcuchach dostaw.

Większym wyzwaniem jest poziom przygotowania lokalnych generalnych wykonawców dużych projektów obronnych, energetycznych lub infrastrukturalnych. Tam często potrzebne jest rozszerzenie kompetencji do zarządzania rozległym łańcuchem dostaw, setkami projektów R&D prowadzonych równolegle, ich monitorowaniem i kontrolą jakości. To wymaga doświadczenia, zasobów i gotowości do ponoszenia kosztów rozwoju.

Innym aspektem jest dołączanie banków na wczesnym etapie. Bank poprzez oczekiwania w zakresie strukturyzacji kredytów wpływa pozytywnie na relacje dostawcy i odbiorcy. Dziś kredyty korporacyjne do PKB to tylko 12 proc. w Polsce, czyli najmniej w UE. Aby udźwignąć nadchodzące fale inwestycyjne, skala współpracy firm z bankami musi wzrosnąć.

Czyli mówimy o wiele szerszym mechanizmie niż budowa lokalnego łańcucha dostawców fizycznych komponentów…

- Zdecydowanie tak. Local content to nie tylko części i urządzenia. To także doradztwo czy finansowanie realizowane przez polski bank, praca polskich inżynierów, R&D prowadzone lokalnie, a także serwis, maintenance i dostępność usług na miejscu.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa i ciągłości działania infrastruktury ogromne znaczenie ma to, że usługi serwisowe i utrzymaniowe są niezawodne, dostępne lokalnie, a czas reakcji krótki. To ma swoją wagę w wycenie i powinno być uwzględniane w całościowej kalkulacji projektu.

Rząd pracuje nad definicją local content i mechanizmami jego wzmacniania. Czy z perspektywy, o której pan mówi, idziemy w dobrym kierunku?

- Co do samej idei, czyli lepszego wykorzystania domestic capacity, zgoda jest powszechna. Wyzwaniem są zawsze szczegóły.

Pojawia się pytanie, gdzie przebiega granica między lepszym wykorzystaniem potencjału lokalnych firm a zachowaniem zasad konkurencyjności Unii Europejskiej. To z pewnością nie są najprostsze kwestie prawne, ale praktyki innych członków UE wskazują, że można wypracować właściwe zasady i ramy dla local content.

Dlatego uważam, że najlepszą drogą jest uważne przyglądanie się rozwiązaniom stosowanym w innych krajach i ich rozmyślne adaptowanie. To nie powinien być tradycyjnie rozumiany protekcjonizm, tylko tworzenie mechanizmów, które pozwalają wykorzystać lokalny potencjał gospodarczy bez naruszania unijnych ram konkurencyjnych.

Bank jako uczestnik, a nie tylko obserwator projektu

Jaką rolę w tym procesie może odegrać bank finansujący inwestycje?

- Bank działa na zasadzie oceny ryzyka. Sposób organizacji łańcucha dostaw w projekcie może znacząco wpłynąć na ocenę banku. Wąskie gardła zwiększające ryzyko przerw w działaniu, problemów z dostępnością serwisu czy utrzymania, zawsze muszą znaleźć odzwierciedlenie w ocenie projektu.

W praktyce oznacza to, że rozwiązania podnoszące bezpieczeństwo, zwiększające niezawodność i ciągłość działania są preferowane w strukturyzacji finansowania. Bardzo często local content tworzy właśnie takie przewagi. Gdy inwestor wybiera np. tańszą opcję, ale banki jej nie akceptują ze względu na powyżej opisane ryzyko, musi albo znaleźć inne finansowanie, albo zmienić dostawcę, który w lepszy sposób adresuje ryzyka. To jest naturalny mechanizm rynkowy, który w tym przypadku będzie sprzyjał lepszemu wykorzystaniu potencjału lokalnego.

Czy ten model sprawdzi się we wszystkich sektorach - energetyce, obronności, nowych technologiach? To właśnie tu dzieją się obecnie największe projekty inwestycyjne i pojawia się pytanie o udział polskiego biznesu?

- Przywołany wyżej proces APQP powstał w automotive, bo tam była ogromna powtarzalność produkcji. Ale problemy, które on rozwiązuje, pojawiają się w każdej dużej inwestycji.

Mam na myśli m.in. dostępność komponentów, lead time, czyli czas, jaki mija od momentu złożenia zamówienia do faktycznej dostawy komponentu, czy lifetime, czyli okres bezpiecznego i efektywnego funkcjonowania komponentu, urządzenie lub inwestycji w całym cyklu życia projektu.

Local content to także serwis, R&D i finansowanie

W energetyce, obronności czy w projektach takich jak SMR-y również będziemy się z nimi mierzyć, zwłaszcza przy presji popytowej i ograniczeniach podaży. Dlatego uważam, że podejście z wbudowanym etapem R&D ma charakter uniwersalny, nawet jeśli nie zawsze da się je zastosować w identycznej formie.

Megainwestycje dzieją się tu i teraz, a sam wspomniał pan na wstępie, że „hodowanie dostawców” to proces wielokwartałowy, czasem kilkunastokwartalny. Czy zdążymy?

- To jest długi marsz. Przed nami ponad 800 miliardów, a być może nawet bilion złotych inwestycji w samej tylko energetyce w horyzoncie 10 lat. Nie wszystko da się zrobić od razu.

W pierwszych projektach najbardziej zaawansowane i krytyczne elementy będą pewnie pochodzić od dostawców posiadających seryjną „wygrzaną” produkcję. Ale ogromna część inwestycji w części budowlanej jak stal, beton, infrastruktura, przyłącza, orurowanie to jest naturalna przestrzeń dla local contentu. Prace inżynieryjne, utrzymaniowe i serwis to też pola, które od początku powinny być objęte parasolem komponentu krajowego.

W mojej ocenie ważniejsze jest to, żeby już przy pierwszych realizacjach zacząć budować mapę drogową rozszerzania potencjału krajowego na kolejne lata, zamiast stawiać nieosiągalne cele w krótkim czasie.

Banki premiują bezpieczeństwo i ciągłość działania

Co z punktu widzenia gospodarki jest w tym procesie najważniejsze?

- Jako bankier ze znajomością energetyki uważam, że najważniejszym wyzwaniem jest pewna zmiana modelu funkcjonowania firm. Można powiedzieć rozszerzenie perspektywy. Przejście od czysto produkcyjnego podejścia do połączenia produkcji z przedsięwzięciami R&D, samodzielnie lub we współpracy z firmami inżynieryjnymi. To jest trudne zadanie, bo łączy zupełnie różne profile działalności, ale ta synergia to realny bodziec rozwojowy dla całej gospodarki i wzrost innowacyjności.

Z mojej perspektywy dyskusja o rozwoju local contentu, czy lepiej mówiąc domestic capacity, jest dyskusją o tym, czy zbudujemy kompetencje, które pozwolą polskim firmom być trwałym i powtarzalnym elementem globalnych łańcuchów dostaw przez kolejne dekady. To jest wymiar strategiczny rozwoju kraju!