- Zdaniem Zdzisława Kostrubały administracyjne regulacje na wybrane odcinki gospodarki się nie sprawdzają, bo zaburzają wolny rynek, duszą gospodarkę i ograniczają wpływy do budżetu.
- Nasz rozmówca przekonuje, że dzięki dopuszczeniu licencjonowanych platform do prowadzenia kasyn on-line użytkownicy byliby bezpieczniejsi, a państwo miałoby zjawisko pod kontrolą.
- Szara strefa w grach kasynowych on-line to dziś, zdaniem Stowarzyszenia, ok. 40 proc. rynku, czyli prawie 80 mld zł rocznie.
- Zdzisław Kostrubała, prezes Stowarzyszenia na rzecz Likwidacji Szarej Strefy Gier i Zakładów Wzajemnych „Graj Legalnie”, będzie panelistą sesji "Szara strefa", podczas tegorocznego European Economic Congress w Katowicach.
Po decyzji Finlandii o odejściu od monopolu państwowego Polska pozostaje jedynym państwem UE utrzymującym pełny monopol w segmencie kasyn online. Samotna walka z wiatrakami?
Zdzisław Kostrubała, prezes Stowarzyszenia na rzecz Likwidacji Szarej Strefy Gier i Zakładów Wzajemnych „Graj Legalnie”: - Niestety tak, w Polsce nadal utrzymuje się model, który - jak pokazują doświadczenia innych państw - nie przynosi oczekiwanych efektów w ograniczaniu szarej strefy. Jesteśmy ostatnim krajem podtrzymującym monopol, co ma również negatywne implikacje dla budżetu, bo kosztuje Polskę miliardy złotych.
Niestety, temat ten nadal nie znajduje wystarczającego zrozumienia w debacie publicznej. Kiedyś utrzymywaliśmy monopol państwa w innych branżach - np. na paliwa i alkohol - i doskonale wiemy, że nie zdało to egzaminu. Takie administracyjne regulacje zaburzają bowiem wolny rynek, duszą gospodarkę, ograniczają wpływy do budżetu.
Czy to nie jest właściwe, że państwo - mając monopol na kasyna on-line - ma jednocześnie kontrolę nad skalą i zjawiskiem hazardu on-line?
- Taka jest narracja Totalizatora Sportowego, czyli spółki Skarbu Państwa, w której interesie jest utrzymanie status quo. Istnieje cały katalog dowodów na to, że interes spółki operacyjnej, jaką jest Totalizator Sportowy, nie zawsze jest tożsamy z interesem państwa jako regulatora rynku.
Natomiast nie ma żadnego dowodu ani bezpośredniego powiązania z utrzymywaniem monopolu a bezpieczeństwem gry czy skłonnością do uzależnień. Dobitnym tego przykładem jest sektor zakładów wzajemnych, czyli tzw. bukmacherki. W 2010 r. szara strefa w zakładach wzajemnych online wynosiła 100 proc. Po otwarciu tego rynku, umożliwieniu rejestracji bukmacherów i wprowadzeniu systemu licencyjnego szara strefa spadała - tu podaję dane Ministerstwa Finansów - do 12,5 proc. To pokazuje, że kluczowe nie jest ograniczanie rynku, lecz jego uregulowanie i objęcie realnym nadzorem.
Co więcej, bukmacherzy wprowadzili zasady odpowiedzialnej gry, prowadzą rejestry użytkowników, inicjują działania przeciwdziałające praniu pieniędzy, czyli uruchomili wszystkie te procedury, których w szarej strefie nie ma. Dzięki temu klient jest bezpieczniejszy, a państwo ma zakłady bukmacherskie on-line pod kontrolą.
Jak duża jest dziś szara strefa w grach kasynowych on-line?
- To ok. 40 proc. rynku, czyli według najnowszych danych znacznie ponad 77,8 mld zł obrotu rocznie. Obecne narzędzia państwa okazują się niewystarczające wobec skali zjawiska. I to nie jest zarzut do Totalizatora Sportowego czy też obecnie rządzących. To jest wina wadliwego systemu - obecne przepisy były tworzone 10 lat temu. W tym czasie rozwój technologiczny tak poszybował i się rozwinął, że nie jesteśmy już w stanie zapanować nad tymi ograniczeniami.
Branża szacuje, że szara strefa w grach kasynowych on-line w Polsce to ok. 40 proc. rynku, czyli prawie 80 mld zł rocznie (fot. SergeiShimanovich/ shutterstock)
Branża szacuje, że szara strefa w grach kasynowych on-line w Polsce to ok. 40 proc. rynku, czyli prawie 80 mld zł rocznie (fot. SergeiShimanovich/ shutterstock)Brać przykład z Finlandii
Czy to nie byłaby kapitulacja państwa, że ze względu na to, iż nie jest w stanie walczyć z szarą strefą, to po prostu legalizuje ten proceder?
- Jest wręcz odwrotnie. Chcemy podążać śladem Szwecji, Danii, Finlandii - trudno o tych krajach mówić, że są słabe legislacyjnie. Tymczasem to państwa, w których niedawno dokonano demonopolizacji. W Finlandii za inicjatywą otwarcia rynku stał odpowiednik naszego Totalizatora, czyli Veikkaus. Słusznie uznali, że dalsze utrzymywanie ich monopolu nie ma sensu, bo nie są w stanie z jego pomocą dłużej walczyć z szarą strefą. Finowie, tak jak pozostałe kraje UE, wiedzą, że najskuteczniejszym narzędziem do walki z nielegalnymi operatorami jest otwarcie rynku, konkurencja i szersza oferta, tak aby gracz mógł wybierać z szeregu legalnych ofert, które pozostają pod jurysdykcją państwa. Celem nie jest liberalizacja rynku, lecz przywrócenie nad nim realnej kontroli państwa.
Mówił pan o stratach, jakie ponosi budżet państwa. O jakich kwotach mówimy?
- Utracone dochody Skarbu Państwa z tytułu podatku od gier - licząc od 2017 r., czyli od wejścia w życie przepisów obecnie obowiązującej ustawy - to prawie 9 mld zł. Pieniądze, które mogłyby pracować w gospodarce czy wspierać polski sport.
Skąd tak wysoka, wręcz astronomiczna kwota wynikająca z waszych wyliczeń?
- To wartość utraconych korzyści z tytułu niezapłaconego podatku od gier. Takie wyliczenia przedstawiła firma EY - oni mają bardzo dokładny aparat analityczny. To są wyliczenia przy założeniu, że szara strefa wynosi 0 proc., co oczywiście jest niemożliwe, niemniej pokazuje skalę utraconych środków. Gdyby po otwarciu rynku sprowadzić nielegalne zakłady do poziomu 10 proc. - czyli tyle, ile dziś jest w Szwecji, Danii, Holandii - to i tak dałoby budżetowi państwa miliardy złotych. To twarde dane z raportów EY oraz H2GC, na których wyniki bardzo często powołuje się Ministerstwo Finansów.
W MF żadne prace nie trwają
Jakie jest stanowisko resortu finansów?
- Resort dostrzega korzyści, jakie dla budżetu państwa płynęłyby z otwarcia rynku. Przypomnę wypowiedź ministra Jarosława Nenemana, odpowiedzialnego w MF za ten sektor rynku, który w lutym ubiegłego roku w Sejmie przyznał, że nie zdawał sobie sprawy ze skali szarej strefy w sektorze hazardu w Polsce. Przyjęliśmy tę wypowiedź jako dobry omen. Niestety do dziś nic się nie zmieniło. Nie są prowadzone żadne prace przygotowawcze zmierzające do poprawy sytuacji, już nie wspominając o legislacji. Zatem po stronie ministerstwa jest impas - oni czekają na decyzje polityczne.
A stanowisko Ministerstwa Aktywów Państwowych, czyli właściciela Totalizatora Sportowego?
- Na ten moment nie ma żadnych oficjalnych wypowiedzi Ministerstwa Aktywów Państwowych w temacie monopolu. Natomiast, jako właściciel tej spółki, zapewne będzie ją wspierał. Mamy niestety wrażenie, że Ministerstwo Aktywów Państwowych posiada wiedzę o tym problemie tylko z jednego źródła, czyli od samego Totalizatora.
Totaliztor Sportowy utrzymuje w Polsce monopol na gry losowe on-line. Fot: Longfin Media / Shutterstock
Jakie więc argumenty przedstawia Totalizator Sportowy w obronie zamkniętego rynku i swojego monopolu?
- Dla nich utrzymanie status quo jest lepsze niż dzielenie się rynkiem, mimo iż doświadczenia innych państw pokazują, że spółki Skarbu Państwa po otwarciu rynku radzą sobie bardzo dobrze i dalej wiodą prym w tym sektorze. My też Totalizatorowi życzymy, żeby on utrzymał prym, żeby był dobrym przykładem do naśladowania. Ale też życzymy sobie, by nie tworzył narracji propagandowej, iż tylko oni działają odpowiedzialnie i tylko oni mają patent na to, żeby rynek był pod kontrolą. To jest błędne myślenie.
"Nie chcemy, żeby rynek rósł"
Przeciwnicy liberalizacji przepisów wskazują, że obecne prawo - hamujące otwarcie legalnych kasyn on-line - ogranicza skalę uzależnienia.
- To jest teza, która nie znajduje potwierdzenia w danych. Jeśli szara strefa sięga już 40 proc., to oznacza, że ponad 3 mln osób w Polsce gra nielegalnie, w tzw. kasynach offshore'owych, czyli tych poza Polską. Co z tego wynika? Brak ochrony gracza - m.in. jego danych osobowych czy pieniędzy.
Temu zaradziłby system licencyjny, ponieważ nowi legalni uczestnicy rynku musieliby z mocy prawa odpowiadać na wszystkie wymagania licencji, które narzuciłoby państwo polskie. My, jako odpowiedzialna branża, chcielibyśmy doprowadzić do sytuacji, w której rynek w ogóle nie rośnie - nie chcemy rozwoju tego rynku, nie chcemy promować hazardu, nie chcemy szukać nowych użytkowników.
Czyli zaakceptowalibyście rozwiązanie, w którym utrzymany jest zakaz promowania i reklamowania gier hazardowych?
- Absolutnie tak i podpisujemy się pod tym wszyscy, jak jeden mąż. Nie chcemy robić z Polski drugiego Las Vegas. My chcemy tylko doprowadzić do sytuacji, w której państwo będzie miało kontrolę nad tym sektorem rynku.
***
Artykuł powstał przy współpracy ze Stowarzyszeniem na rzecz Likwidacji Szarej Strefy Gier i Zakładów Wzajemnych „Graj Legalnie”.