- Polska formalnie wystąpiła do Komisji Europejskiej o ukaranie Mety kwotą 250 mln euro, czyli ok. 1 mld zł.
- Podczas EEC Members Dariusz Standerski wskazywał, że bez krajowych narzędzi pozwalających reagować na pojedyncze treści państwu pozostaje m.in. interwencja w Brukseli.
- Nowe przepisy mają umożliwić skuteczniejsze blokowanie konkretnych nielegalnych reklam i ułatwić poszkodowanym dochodzenie roszczeń.
- Wiceminister ujawnił WNP także pierwsze konkrety zmian przygotowywanych po wycieku danych z systemów MyDr.
Spór polskiego rządu z Metą wszedł w nową fazę. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski skierował do Komisji Europejskiej formalny wniosek o ukaranie właściciela Facebooka i Instagrama kwotą 250 mln euro, czyli około 1 mld zł.
Wniosek trafił do wiceprzewodniczącej wykonawczej Komisji Europejskiej Henny Virkkunen. Gawkowski uzasadnia go materiałami zebranymi przez polskie instytucje, odpowiedzią samej Mety oraz kolejnymi przypadkami oszukańczych treści publikowanych na platformach koncernu. Minister oczekuje wszczęcia przez KE postępowania. Jak stwierdził, „dowodów jest aż nadto”.
To kolejny etap sprawy, która nabrała rozpędu po protestach Rafała Brzoski przeciwko wykorzystywaniu jego wizerunku w fałszywych reklamach służących do wyłudzania pieniędzy.
Polska chce kary dla Mety. Standerski tłumaczy, czego brakuje państwu
Mechanizm, po który właśnie sięgnął rząd, opisywał kilkadziesiąt godzin wcześniej w rozmowie z WNP Dariusz Standerski, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.
Rozmowa odbyła się podczas spotkania EEC Members - społeczności Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Wiceminister Standerski był jednym z gości specjalnych wydarzenia.
Pytaliśmy wiceministra nie o abstrakcyjną odpowiedzialność platform, ale o sytuację, która może dotknąć praktycznie każdej dużej firmy: co może zrobić państwo, jeśli wizerunek prezesa zostanie wykorzystany w fałszywej reklamie, która ma skłonić odbiorców do wpłacenia pieniędzy oszustom?
Wiceminister zwrócił uwagę, że państwo ma dziś narzędzia do walki z oszukańczymi stronami internetowymi. Możliwe jest blokowanie całych domen podszywających się np. pod firmy inwestycyjne, media czy inne wiarygodne podmioty.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy oszukańcza reklama nie znajduje się na osobnej stronie, ale jest jedną z milionów treści publikowanych wewnątrz globalnej platformy, takiej jak Facebook czy Instagram.
- Tak długo, jak w Polsce nie zostanie wdrożony Akt o usługach cyfrowych, nie będziemy mieli narzędzi dotyczących konkretnych treści - mówił Dariusz Standerski.
Jak tłumaczył, obecny system pozostawia państwu ograniczony wybór. Może ono reagować wobec całych niebezpiecznych domen albo zwracać się o interwencję na poziomie unijnym. Brakuje natomiast narzędzia pozwalającego szybko zareagować na konkretną reklamę, post czy inne nielegalne treści funkcjonujące wewnątrz dużej platformy.
Kilka dni później pierwszy z tych scenariuszy został wykorzystany w praktyce. Polski rząd zwrócił się do Komisji Europejskiej w sprawie Mety i domaga się nałożenia na koncern 250 mln euro kary.
Jeśli oszuści wykorzystają twarz prezesa, dziś zaczynają się schody
Podczas EEC Members postawiliśmy wiceministrowi Standerskiemu jeszcze bardziej praktyczne pytanie: co może dziś zrobić prezes firmy, jeśli jego zdjęcie, nazwisko albo spreparowane nagranie zostanie wykorzystane w scamie?
Wiceminister przyznał, że poszkodowanemu pozostają przede wszystkim ogólne przepisy prawa cywilnego, ochrona dóbr osobistych oraz droga sądowa. Problem polega na tym, że w przypadku internetowych oszustw często trudno ustalić samego sprawcę, a jeszcze trudniej szybko doprowadzić do usunięcia treści rozpowszechnianej przez dużą platformę.
To właśnie tę lukę mają wypełnić polskie regulacje wdrażające unijny Akt o usługach cyfrowych.
Po wejściu nowych przepisów użytkownik ma zyskać możliwość zgłoszenia konkretnej nielegalnej treści również poza samą platformą - do właściwego organu, a ostatecznie także na drogę sądową.
- Potrzebujemy zejść z poziomu reakcji na całą domenę internetową do poszczególnych treści na platformach cyfrowych - mówił Dariusz Standerski.
W praktyce oznaczałoby to możliwość działania wobec konkretnej oszukańczej reklamy czy posta bez konieczności ingerowania w funkcjonowanie całej platformy.
Dla przedsiębiorcy ma to jeszcze jedno znaczenie. Uzyskanie decyzji potwierdzającej nielegalny charakter treści powinno również ułatwić dochodzenie roszczeń, jeśli wykorzystanie jego wizerunku doprowadziło do szkód.
Po wycieku MyDr rząd szykuje nowe obowiązki dla firm
Meta i oszukańcze reklamy były tylko jednym z tematów rozmowy z wiceministrem cyfryzacji podczas EEC Members.
Dariusz Standerski przedstawił również pierwsze konkrety zmian przygotowywanych po wycieku danych z systemów MyDr, który objął dane niemal 19 mln osób.
Jednym z problemów, które ujawniła ta sprawa, jest rozdzielenie formalnej odpowiedzialności za dane od faktycznej skali ich przetwarzania. Administratorami danych pozostawały poszczególne placówki medyczne, choć system jednego dostawcy obsługiwał tysiące podmiotów, a w efekcie przetwarzał informacje dotyczące milionów pacjentów.
Resort chce tę konstrukcję zmienić.
- W tym tygodniu opublikujemy założenia ustawy, która uszczelni system - zapowiedział Standerski.
Jak wyjaśnił, nowe obowiązki mają objąć podmioty, które przetwarzają dane masowo, powyżej określonego progu liczby użytkowników, lub mają do czynienia z danymi medycznymi.
- Niezależnie od tego, czy podmiot przetwarza, czy administruje, musi spełniać wymagania, które wpisaliśmy do ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa - mówił wiceminister.
Zmienić ma się również obowiązek informacyjny. Obywatel ma wiedzieć nie tylko, komu formalnie przekazał swoje dane, ale także jakie podmioty faktycznie je później przetwarzają.
To może oznaczać dodatkowe wymagania dla firm technologicznych świadczących usługi dla dużej liczby przychodni, przedsiębiorstw czy instytucji. Szczegółowe rozwiązania - w tym próg, od którego przetwarzanie danych będzie uznawane za masowe - mają zostać dopiero przedstawione.