"Przemysł w Europie nie umiera". Wiele sektorów ma jednak przewagę nad resztą świata

Piotr Stefaniak • 2026-02-27 20:00
- Cła wyrównawcze mogą mieć znaczenie w przypadku produktów niskoprzetworzonych, np. stali, aluminium, blach czy prętów. W przypadku tych wysokoprzetworzonych ten dodatkowy koszt, wynikający z opodatkowania śladu węglowego, nie będzie miał istotnego wpływu na wyrównanie cen produktów unijnych do dalekowschodnich – wskazuje mówi Paweł Choduń, wiceprezes Medcomu.
- Wielu europejskich przedsiębiorców narzeka na unijne przeregulowanie działalności. Ale - paradoksalnie - takie rozwiązania, jak normy techniczne, czy wymóg homologacji, często pozwalają dać odpór konkurencji chińskiej, oferującej produkty masowo wytwarzane - podkreśla Paweł Choduń, wiceprezes Medcomu
  • - Wielu europejskich przedsiębiorców narzeka na unijne przeregulowanie działalności. Ale - paradoksalnie - takie rozwiązania, jak normy techniczne, czy wymóg homologacji, często pozwalają dać odpór konkurencji chińskiej, oferującej produkty masowo wytwarzane - podkreśla Paweł Choduń, wiceprezes Medcomu.
  • - Producenci chińscy z naszej branży nie są nadal w stanie zaoferować standardowych produktów, ale dopasowanych do konkretnego rynku w kraju członkowskim UE. I to ogranicza względną przewagę cenową producentów chińskich, uzyskiwaną też ze względu na wielką skalę ich działalności - ocenia nasz rozmówca. 
  • - Silna i spójna gospodarka unijna przekłada się na silną pozycję polityczną. Jeżeli mamy konkurować z Chinami, a także, jak wskazuje na to wiele faktów, ze Stanami Zjednoczonymi, to większa gospodarka unijna, nawet obejmujące kraje o słabszym przemyśle, ma łącznie lepszą pozycję w rozgrywce globalnej niż mniejsze bloki - zauważa Paweł Choduń.
  • Rozmowa jest częścią cyklu wywiadów, które posłużą za podstawę raportu „Jak wzmocnić potencjał polskich firm. Biznes wobec presji demograficznej i globalnej konkurencji”. Przygotowują go ING Bank Śląski i WNP Economic Trends (wraz z dziennikarzami Grupy PTWP). Premiera - podczas XVIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego (22-24 kwietnia 2026 r. w Katowicach). 

Powszechny jest lament pracodawców, że trudno pozyskać nowych pracowników. Czy ten problem dotyka także Medcom?

- Niedawno rozpoczęliśmy kolejny etap intensywnej rekrutacji, którego celem jest przyrost zatrudnienia na stanowiskach produkcyjnych.

Nie mamy dotychczas większych problemów z pozyskaniem pracowników - pomimo że poszukujemy osób wyżej wykwalifikowanych, głównie z wykształceniem technicznym.

Tych nowych pracowników przyciąga renoma Medcomu?

- Inżynierowie, konstruktorzy bardzo dobrze znają Medcom (ale kandydaci "produkcyjni" - już niekoniecznie; ba, być może więcej niż słabo). Pracujemy przecież na rynku B2B, tj. dostarczamy podzespoły i produkty producentom pojazdów kolejowych i tramwajowych. Oceniając sytuację rynkową, widzimy jednak, że w Warszawie wciąż jest jeszcze zasób wykwalifikowanych pracowników technicznych.

Unia musi postawić na reindustrializację – stwierdza Paweł Choduń, wiceprezes zarządu Medcomu. Fot. Medcom Unia musi postawić na reindustrializację – stwierdza Paweł Choduń, wiceprezes zarządu Medcomu. Fot. Medcom

Jaki macie magiczny magnes - stołeczna konkurencja jest przecież bardzo silna?

- Warunkiem jest to, by nowy pracownik zyskał odpowiedni poziom wynagrodzenia. Już w ubiegłym roku zdecydowaliśmy się podnieść stawki, co pozwoliło nam sprawnie uzupełnić wakujące etaty.

Pod względem stawek wynagrodzeń istotnie - konkurujemy raczej z warunkami warszawskiego rynku pracy. W naszej branży średnie płace są być może podobne, ale - chcąc zapewnić stabilność zatrudnienia - musimy być pod tym względem bardziej konkurencyjni.

Dodam, że jeśli nawet niejeden kandydat nas nie zna, to gdy przejrzy informacje na nasz temat, może odnieść wrażenie – i słusznie! - że Medcom to wiarygodna, stabilnie rozwijająca się firma i zarazem rzetelny pracodawca.

Skoro jest niski wskaźnik bezrobocia, to mamy rynek pracownika. Jak zatem wasi bliżsi i dalsi sąsiedzi radzą sobie z naborem kadr?

- Mamy dobry przegląd tej sytuacji - dzięki współpracy z naszymi klientami. Medcom mierzy się z mniejszymi wyzwaniami w rekrutacji, bo nie jesteśmy nadmiernie pracochłonni.

Gdy przyjmiemy 50 nowych pracowników, to mówimy o bardzo dużym przyroście. Ale dla naszych klientów, np. producentów taboru kolejowego, zatrudniających 2-3 tysiące osób, konieczność szybkiego powiększenia zatrudnienia o 500 osób (w odpowiedzi na nowe zlecenie) stanowi znacznie większe wyzwanie - logistyczne i rynkowe.

I co zwykle robią?

- Najczęściej posiłkują się pracownikami z zagranicy - i to z coraz odleglejszych krajów. O determinacji świadczy fakt, że słyszymy np. o naborze w Filipinach.

Skala problemu zależy też jednak od lokalnych uwarunkowań. Firma działająca w dużej aglomeracji ma znacznie większe szanse na pozyskanie kadry niż przedsiębiorstwo z mniejszej miejscowości, gdzie rynek pracy jest mocno ograniczony.

Nie tylko robotyzacja – także cyfryzacja wpływa na rozwój technologiczny

Mówi pan, że Medcom podniósł płace. Jakie były tego reperkusje? Musieliście zrekompensować je podwyżką cen produktów, czy obniżyć marżę?

- Naturalnie musieliśmy podnosić ceny produktów, ale nie tylko z powodu rosnących kosztów pracy. W ostatnich latach borykaliśmy się też z rosnącymi kosztami komponentów i materiałów, bardziej rzutującymi na podwyżki cen naszych produktów.

Robotyzacja uwolniłaby was częściowo od problemu waloryzacji wynagrodzeń?

- Ze względu na charakter działalności, tj. produkcję krótkoseryjną i dostawy produktu pod ścisłe zamówienie klienta, nie jesteśmy w stanie zautomatyzować pewnych procesów i uzyskać oszczędności w kosztach osobowych.

Nadal zatem pracujemy w takim trybie, jak dotychczas - z relatywnie dużym zaangażowaniem pracowników. W tej sytuacji jedynym sposobem na pozyskanie wysokiej klasy specjalistów pozostaje oferowanie konkurencyjnych wynagrodzeń. Nasi klienci również to rozumieją, gdy dochodzi do negocjacji w sprawie cen naszych produktów. 

Z różnych analiz eksperckich wynika, że polski przemysł nie grzeszy nadmierną automatyzacją i robotyzacją. A przecież nie wszędzie produkcja jest krótkoseryjna...

- Zdaję się tutaj na mądrość naszych przedsiębiorców. Każdy prowadzący biznes sam wie, w którym momencie dodatkowa inwestycja technologiczna staje się dla niego opłacalna. Gdy zachodzi taka potrzeba, polskie firmy reagują adekwatnie do sytuacji.

Choć w naszej firmie nie jesteśmy w stanie wielu procesów zrobotyzować czy zautomatyzować, to intensywnie inwestujemy w systemy informatyczne, wspierające zarządzenie produkcją, nadzorowanie systemów czy też poprawiające optymalizację operacyjną. I myślę, że to bardziej powszechnie stosowany model inwestycji w polskim przemyśle.

UE nadal się broni przed konkurencją zewnętrzną dzięki jej wewnętrznym regulacjom

Czy ekspansja międzynarodowa, tj. eksport produktów i inwestycje za granicą, to warunek sine qua non skalowania działalności i rozwoju Medcom?

- Oczywiście, choć dzięki m.in. wsparciu ze środków unijnych krajowy rynek transportu publicznego jest bardzo chłonny - i to na nim lokujemy dużą część naszych produktów.

Musimy się jednak liczyć z tym, że inwestycje na nim osiągnęły prawdopodobnie maksimum wieloletnie. Planując rozwój, Medom musi więc eksportować swoje produkty, co zresztą udanie realizujemy od lat.

W jakiej skali?

- Obecnie 1/3 przychodów pochodzi ze sprzedaży z eksportu.

O to samo zabiegają ekspansywni producenci z Chin, realizujący m.in. polityczną Inicjatywę Pasa i Szlaku (BRI). Jak podają dwa think tanki australijskie, w 2025 r. „zaangażowanie” chińskich firm w 150 krajach osiągnęło najwyższy poziom od momentu uruchomienia (12 lat temu) inicjatywy BRI: to 213 mld dol. Duża część trafiła na realizację projektów transportowych.

- Rzecz jasna, dostrzegamy rosnącą konkurencję firm chińskich, które sukcesywnie rozszerzają także ofertę produktów coraz bardziej zaawansowanych technologicznie.

Na naszą korzyść działa jednak jeszcze wspomniana przeze mnie okoliczność, że nie operujemy na rynku produktów masowych, lecz niskoseryjnych, gdzie ekspansja producentów chińskich nie jest jeszcze tak dotkliwa lub dominująca.

Gdzie taką dominację konkurencji dalekowschodniej widzicie?

- W niektórych grupach produktów, wytwarzanych w większych seriach i bardziej standaryzowanych. Chodzi np. o systemy ładowania autobusów energią elektryczną, które my też wytwarzamy.

W tym akurat segmencie zresztą konkurujemy także z polskimi producentami, którzy korzystają z gotowych komponentów z Chin. Są one jednak często niedostosowane do norm unijnych lub nie spełniają wspólnotowych wymagań technicznych - i dlatego z nich nie korzystamy. W efekcie nasz produkt jest droższy. Wybór oczywiście  każdorazowo należy do klienta.

Silną dominację chińską widać na rynku brazylijskim, na którym jesteśmy obecni od 20 lat. Kiedy zaczynaliśmy tam współpracę z lokalnymi producentami z przemysłu kolejowego, to ofertę składali wyłącznie europejscy producenci, była też jedna firma z Korei Południowej.

Teraz współpraca brazylijskich przedsiębiorstw transportowych coraz częściej opiera się na dostawach z firm chińskich, włącznie z pociągami dla metra. W ciągu ostatnich pięciu lat nie było ani jednego kontraktu dla kolejnictwa brazylijskiego, który by wygrała firma europejska...

W styczniu europosłowie zaproponowali nowe ramy prawne dla innowacyjnych firm. Ten zestaw zasad ma sprzyjać ich rozwojowi, a zarazem zapobiec redukcji w UE mocy produkcyjnych, z powodu rosnącej konkurencji tanich produktów spoza UE, często dotowanych lub wytwarzanych z pominięciem zasad ekologii. Unijny przemysł się obroni, tymi lub innymi rozporządzeniami?

- Akurat w naszej innowacyjnej branży urządzeń  energoelektronicznych, dostarczającej rozwiązania wspierające zaawansowane systemy transportu publicznego oraz układy zasilające w instalacjach przemysłowych i w energetyce, Unia nadal się broni przed taką konkurencją dzięki jej wewnętrznym regulacjom.

Paradoksalnie: z jednej strony wielu europejskich przedsiębiorców narzeka na unijne przeregulowanie działalności, ale z drugiej - przynajmniej w przypadku naszej branży - takie rozwiązania, jak normy techniczne czy wymóg homologacji, który każdy kraj członkowski wymaga od producentów transportu publicznego, pozwalają konkurencji chińskiej dać odpór.

Chińskie firmy mają kłopoty z ich dopełnieniem?

- Tak, ale nie tylko. Producenci chińscy z naszej branży nie są nadal w stanie zaoferować standardowych produktów, ale dopasowanych do konkretnego rynku w kraju członkowskim UE. I to ogranicza względną przewagę cenową producentów chińskich, uzyskiwaną też ze względu na wielką skalę ich działalności.

Producenci z Kraju Środka mają przewagę w tych produktach, które stosują u siebie, a które bez istotnych zmian sprzedają na innych rynkach. Ale tam, gdzie trzeba dokonać customizacji i lokalnego dopasowania, ich przewaga topnieje.

Autobusy polskiej produkcji korzystają z napędu modułowego produkcji Medcomu, dając odpór konkurencji z chińskimi pojazdami. Fot. Medcom Autobusy polskiej produkcji korzystają z napędu modułowego produkcji Medcomu, dając odpór konkurencji z chińskimi pojazdami. Fot. Medcom

Są jednak już wyjątki, do których zalicza się produkcja autobusów z napędem elektrycznym. Chińskie autobusy są bardziej wystandaryzowanym produktem niż np. lokomotywa, elektryczny zespół trakcyjny lub tramwaj, które muszą uwzględniać wymogi klientów unijnych. Dlatego coraz więcej kontraktów w zamówieniach samorządowych zdobywają chińscy dostawcy autobusów.

Przemysł w Europie jeszcze nie umiera, wiele sektorów ma przewagę nad konkurencją „reszty świata”

Mówił pan, że unijne regulacje pomagają osłaniać branżę przemysłową, w której działa Medcom. Dla całego unijnego przemysłu potrzebne są dalsze, jak wprowadzone w tym roku cła wyrównawcze CBAM?

- Cła wyrównawcze mogą mieć znaczenie w przypadku produktów niskoprzetworzonych, np. stali, aluminium, blach czy prętów. W przypadku produktów wysokoprzetworzonych ten dodatkowy koszt, wynikający z opodatkowania śladu węglowego, nie będzie miał istotnego wpływu na wyrównanie cen produktów unijnych do dalekowschodnich. Tamte mają bowiem wiele innych, ukrytych czynników warunkujących ich cenową przewagę konkurencyjną.

Europa może uniezależnić się od dostaw z Chin i z innych krajów Azji w takim stopniu, by jej przemysł żył i tętnił?

- Rozwiązaniem pozostaje reindustrializacja, która ma krytyczne znaczenie dla utrzymania poziomu życia w UE. Odwrotnie: jeżeli udział przemysłu w PKB wielu krajów nadal będzie się kurczył, bo zostaje „wyeksportowany”, to stracimy jako Unia wiele przewag i pozostaną nam prostsze usługi. Dlatego prostsze, bo z kolei w sektorze usług cyfrowych dominują już Stany Zjednoczone.

Trzeba bić w dzwony?

- Tak, choć warto podkreślać, że przemysł w Europie nie umiera; wiele sektorów ma przewagę nad konkurencją „reszty świata”. I o to trzeba dbać. 

Jednocześnie pełne uniezależnienie się Europy od silnej obecności zagranicznych produktów przemysłowych wydaje się już niemożliwe. Utraciła ona bowiem już dawno zbyt dużo procesów leżących u źródła, tj. obejmujących produkcję surowców i komponentów. Ich odbudowa jest bardzo trudna, jeżeli nie zupełnie niewykonalna...

Ta przetwornica statyczna (w technologii węglika krzemu - SiC) zdobyła dla Medcomu  podczas Trako 2025 prestiżową nagrodę im. Ernesta Malinowskiego. Fot. mat. pras. Medcom Ta przetwornica statyczna (w technologii węglika krzemu - SiC) zdobyła dla Medcomu podczas Trako 2025 prestiżową nagrodę im. Ernesta Malinowskiego. Fot. mat. pras. Medcom

Zwłaszcza w kontekście surowców, które występują w Europie w małych ilościach lub w ogóle, jak większość metali ziem rzadkich lub których wydobycie ze względu na regulacje środowiskowe jest nieopłacalne.

Cel drugi zatem to…?

- Rzecz jasna należy maksymalnie uniezależniać się od Chin. Ale niekoniecznie poprzez budowę od nowa podstawowych gałęzi przemysłu, lecz poprzez poszukiwanie nowych partnerów na innych kontynentach i dywersyfikację dostawców.

I to UE realizuje, gdyż tylko w tym roku podpisała m.in. dwie umowy o wolnym handlu – z grupą państwa Mercosour oraz Indiami. Te kraje nie stanowią zagrożenia dla europejskiego przemysłu?

- Nie są nimi państwa tworzące Mercosur - przeciwnie, są raczej potencjalnym rynkiem zbytu dla przemysłu europejskiego. Natomiast umiejscowienie Indii w takich ocenach nie jest jednoznaczne... To kraj bardzo niejednorodny.

Część gospodarki opiera się na prostych produktach, ale jednocześnie Indie starają się podążać chińską drogą i rozwijają wiele nowoczesnych gałęzi przemysłu. W perspektywie może nie dekady, ale dłuższej – i one mogą stać się zagrożeniem dla europejskiego przemysłu.

W poszukiwaniu przewag konkurencyjnych dla UE padły też propozycje, by unijne kraje wysoko uprzemysłowione utworzyły "ligę Premium", bo to na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za skuteczną obronę przed chińską konkurencją.

- Uważam, że siłą UE jest mimo wszystko spójność. I niezależnie, czy Polska byłaby w wyższej, lepszej grupie, czy też nie, to jednak dzielenie naszego bloku nie jest korzystne z punktu widzenia sytuacji geopolitycznej.

Silna i spójna gospodarka unijna przekłada się na silną pozycję polityczną. Jeżeli mamy konkurować z Chinami, a także, jak wskazuje na to wiele faktów, ze Stanami Zjednoczonymi, to większa gospodarka unijna, nawet obejmujące kraje o słabszym przemyśle, ma łącznie lepszą pozycję w rozgrywce globalnej niż mniejsze bloki.

W ekspansji zagranicznej korzystamy pośrednio, z deszczu euro wspierającego inwestycje infrastrukturalne

Medcom w ekspansji zagranicznej dostrzega szansę dalszego rozwoju; a czy korzysta z pomocy naszego państwa w realizacji tych planów i w jakiej formie?

- Bezpośrednio nie korzystamy z jakichś form wsparcia finansowego, np. z tańszych niż rynkowe kredytów eksportowych. Ale chętnie sięgamy po pomoc w "miękkiej" formie. Uczestniczymy np. w wyjazdach biznesowych do różnych krajów, w spotkaniach z lokalnymi przedsiębiorcami i w konferencjach organizowanych przez PAiH.

Taka forma wsparcia pomaga nam nawet na rynkach, na których już jesteśmy od wielu lat, jak w Brazylii. Niedawno dyplomaci naszej ambasady pomogli nam umówić się z kilkoma przedstawicielami lokalnych producentów, co otworzyło nam drzwi do nowej współpracy.

Czy z kolei unijne finansowanie zachęca do zwiększania skali działalności polskich firm, czy raczej jest neutralne?

- Nie korzystamy wprost, ale pośrednio z unijnego dofinansowania rozwojowego, gdyż UE silnie dofinansowuje zakupy np. taboru kolejowego.

W zasadzie nasz wzrost w dużej mierze jest od lat zasługą tego deszczu euro wspierającego inwestycje infrastruktury i w Polsce, i w Europie Środkowej, w mniejszym zaś stopniu pozostałych krajach unijnych. Bo tak naprawdę na końcu - prawie we wszystkich projektach, w których uczestniczymy, w ich sfinansowaniu - jest jakiś wsad z budżetu unijnego.

A czy dostęp do finansowania zewnętrznego pozostaje barierą dla wzrostu polskich firm czy też w szybkiej ekspansji?

- Dla nas nie jest to istotna kwestia, bo - jak wspomniałem - bezpośrednio nie korzystamy z takiego dofinansowania. Jesteśmy tak silni, że własny rozwój jesteśmy w stanie sami sfinansować. Nie korzystamy też z kredytów obrotowych.

Ale - patrząc szerzej - polski sektor finansowy od wielu już lat boryka się z dużą nadpłynnością, czyli na rynku jest sporo pieniędzy. Te biznesy, które są stabilne i które mają dobry plan rozwojowy, bez problemu są w stanie pozyskać - jak sądzę na dobrych warunkach - finansowanie. W efekcie mogą wykorzystać je także do swojej ekspansji zagranicznej.

Gorzej z mniejszymi firmami, startującymi. One muszą poszukać innych źródeł finansowania – np. przez fundusze venture-capital. 

Skoro tak łatwo duże i średnie firmy mogą pozyskać kredyty i ułatwić swój biznes, to dlaczego stosunkowo niskie (na tle średniej UE) jest zadłużenie zewnętrzne polskich firm? Preferują łatwo dostępne lub tanie źródła lub umarzalne częściowo kredyty ze środków publicznych, w tym unijnych?

- Oczywiste jest z punktu widzenia każdego przedsiębiorcy, że wpierw sięga się po najniższej wiszące owoce... Jeżeli dostępne są tanie źródła finansowania, no to jest to najrozsądniejszy wybór.

Być może w skali makroekonomicznej dostępność tych tanich źródeł finansowania jest tak duża, że udział finansowania czysto bankowego nie jest tak wysoki, jak w krajach Europy Zachodniej. W przeciwieństwie do krajów „nowej Unii", do których należy także Polska, państwa Europy Zachodniej nie dysponują już tak szeroką pulą środków dotacyjnych do wsparcia ekspansji.