- Do Rządowego Centrum Legislacji trafił projekt ustawy wdrażający unijne rozporządzenie EUDR o przeciwdziałaniu wylesianiu, obejmujące m.in. drewno i meble.
- Branża drzewna i Konfederacja Lewiatan krytykują projekt za „gold plating” – niepotrzebne dodatkowe obowiązki, przerzucenie odpowiedzialności na firmy i ryzyko sankcji niewspółmiernych do naruszeń, co może osłabić konkurencyjność i uderzyć w MŚP.
- Ministerstwo Klimatu i Środowiska odpiera zarzuty, podkreślając, że nie ma nadregulacji – ustawa jedynie wdraża bezpośrednio obowiązujące w całej UE rozporządzenie EUDR, które musi być stosowane jednolicie przez wszystkie państwa członkowskie.
Rząd od miesięcy deklaruje walkę z nadmierną biurokracją i zapowiada deregulację gospodarki. Tymczasem – jak alarmuje branża drzewna i organizacje przedsiębiorców – sam proponuje przepisy, które są podręcznikowym przykładem tzw. gold platingu, czyli dokładania przez państwo członkowskie obowiązków wykraczających poza unijne regulacje.
Chodzi o projekt ustawy wdrażającej unijne przepisy przeciwko wylesianiu, który według firm zamiast porządkować zasady gry, może znacząco skomplikować działalność przedsiębiorstw i osłabić ich konkurencyjność.
Unijne przepisy, polska nadregulacja
Na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt ustawy UC101, który ma wdrażać w Polsce rozporządzenia Unii Europejskiej 2023/1115 dotyczącego przeciwdziałania wylesianiu (EUDR).
Celem regulacji jest ograniczenie wylesiania i produktów z nim powiązanych. Chodzi o to, aby do obrotu trafiały wyłącznie towary, które nie przyczyniają się do wycinki lasów i zostały wyprodukowane zgodnie z prawem kraju pochodzenia.
Regulacje obejmują m.in. drewno, a także produkty przetworzone – w tym meble.
Problem polega jednak na tym, że polski projekt – zdaniem przedsiębiorców – wyraźnie wychodzi poza unijne ramy.
Jak wskazuje Konfederacja Lewiatan, proponowana regulacja nakłada na firmy dodatkowe obowiązki administracyjne, których nie przewiduje samo rozporządzenie EUDR.
Projekt ustawy budzi poważne zastrzeżenia przedsiębiorców. Wprowadza rozszerzone obowiązki dokumentacyjne dla firm działających na dalszych etapach łańcucha dostaw, które nie wynikają wprost z przepisów unijnych i pomijają przewidziane tam wyłączenia – mówi ekspert Lewiatana Piotr Mazurek.
Podkreśla, że konsekwencje mogą być znacznie szersze niż tylko wzrost biurokracji. W jego ocenie polskie firmy będą działały w bardziej restrykcyjnym otoczeniu niż konkurenci z innych państw UE, co może prowadzić do zaburzeń konkurencji i utrudnień w handlu na wspólnym rynku.
Problem ukryty w łańcuchach dostaw
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów projektu jest przerzucenie odpowiedzialności za pozyskiwanie danych na polskie firmy działające w dalszych etapach łańcucha dostaw.
W praktyce przedsiębiorca z Polski miałby zdobywać informacje od partnerów handlowych z innych krajów UE – choć ci, zgodnie z unijnymi przepisami, nie mają obowiązku ich przekazywania.
Problem polega na tym, że odpowiedzialność za kompletność dokumentacji spoczywa na importerze, mimo że część danych pozostaje poza jego kontrolą.
Efekt? Rosnące ryzyko formalne, opóźnienia w handlu i potencjalne blokady transakcji.
Przedsiębiorcy wskazują, że w praktyce może to szczególnie uderzyć w branżę drzewną, meblarską oraz importerów surowców objętych regulacją.
Przedsiębiorcy podnoszą, że w praktyce firmy będą zobowiązane do pozyskiwania danych od zagranicznych kontrahentów bez realnych narzędzi ich egzekwowania, a system kar sięgający 10 proc. obrotu może znacząco zwiększyć ryzyko regulacyjne. Fot: Ulrick Trappschuh / Pexels
Sankcje sięgające 10 proc. przychodów
Kolejnym punktem zapalnym są kary. Projekt przewiduje sankcje sięgające nawet 10 proc. rocznych przychodów przedsiębiorstwa. Zdaniem biznesu to poziom wyjątkowo wysoki i niewspółmierny do charakteru naruszeń administracyjnych. Tymczasem rozporządzenie unijne wskazuje poziom 4 proc. obrotu jako standard odniesienia.
Wątpliwości budzi również samo tempo procedowania ustawy. Projekt pojawił się tuż przed zapowiadaną przez Komisję Europejską propozycją deregulacyjną dotyczącą EUDR. To rodzi pytania, czy Polska nie tworzy właśnie przepisów, które za chwilę mogą wymagać kolejnych zmian.
– W obecnym kształcie projekt ustawy tych warunków jest niestety idealnym przykładem gold platingu – ocenia Piotr Mazurek z Lewiatana.
Branża: problemem nie jest idea, lecz wykonanie
Przedstawiciele sektora drzewnego podkreślają, że nie kwestionują samej idei rozporządzenia EUDR. Wręcz przeciwnie – wskazują, że ochrona zasobów leśnych leży w długoterminowym interesie całej branży.
Ich zdaniem problem zaczyna się tam, gdzie krajowe przepisy zaczynają wykraczać poza unijne założenia.
Przede wszystkim należy zaznaczyć, że Unia Europejska jest regionem, w którym co do zasady nie mamy do czynienia z wylesianiem. 95 proc. światowych wylesień powodują kraje Ameryki Południowej i Azji Południowo-Wschodniej – mówi Piotr Poziomski, prezydent Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego.
Jak dodaje, europejski przemysł drzewny od początku wspiera cele środowiskowe regulacji, ale objęcie unijnych producentów tak restrykcyjnymi obowiązkami rozmija się z rzeczywistą skalą problemu.
– Wszyscy jesteśmy za ochroną środowiska i zachowaniem naszych zasobów, co najmniej w niepogorszonym stanie na przyszłe pokolenia. Dla sektora leśno-drzewnego to kluczowe zagadnienie dla utrzymania branży w przyszłości – podkreśla Poziomski.
Kary za błędy formalne jak za poważne naruszenia
Według PIGPD projekt tworzy model odpowiedzialności, który nie rozróżnia poważnych naruszeń od zwykłych błędów administracyjnych. Projekt przewiduje sankcje nawet za formalne uchybienia, które nie mają żadnego wpływu na realne ryzyko wylesiania.
W projekcie zapisano kary nawet za tak błahe pomyłki formalne, jak niewpisanie numeru referencyjnego due diligence na każdym dokumencie. Pomijając fakt, że nie jest to wymagane przez samo rozporządzenie. Dodatkowo projekt penalizuje wprowadzenie produktów do obrotu bez złożonego oświadczenia należytej staranności, nie przewidując żadnego progu wartościowego naruszenia – zaznacza nasz rozmówca.
W praktyce – jak alarmują przedsiębiorcy – oznacza to, że za najprostsze błędy firmy mogą zostać objęte pełnym katalogiem najwyższych sankcji.
Małe i średnie firmy mogą zostać wypchnięte z rynku
Branża szczególnie mocno akcentuje ryzyko dla małych i średnich firm, które dominują w polskim sektorze drzewnym.
Zdaniem Izby projekt nie zabezpiecza interesów małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), które mogą zostać nieformalnie zmuszone przez większych kontrahentów do wdrażania pełnych procedur compliance, mimo że przepisy unijne przewidują dla nich uproszczony model działania.
Poziomski zwraca uwagę na jeszcze jeden paradoks. Firma działająca wyłącznie na surowcu pochodzącym z Lasów Państwowych – które prowadzą certyfikowaną, zrównoważoną gospodarkę leśną – ma dziś mierzyć się z identycznymi obowiązkami jak producent z Chin czy innych rynków wysokiego ryzyka.
Firma bazująca w 100 proc. na surowcu z Lasów Państwowych ma takie same obowiązki jak producent z Chin, dla którego eksport do Polski to jedynie fragment działalności – mówi.
Jego zdaniem może to oznaczać pogorszenie pozycji kosztowej polskich firm, szczególnie tych mniejszych, które nie mają rozbudowanych działów prawnych, compliance ani zaplecza technologicznego.
W najbardziej pesymistycznym scenariuszu część działalności przetwórczej może zostać przeniesiona poza Polskę – do krajów z mniej restrykcyjnymi regulacjami.
Łańcuch dostaw pełen luk systemowych
Kolejnym problemem jest praktyczne funkcjonowanie systemu wymiany danych w międzynarodowych łańcuchach dostaw.
Izba wskazuje, że importerzy w UE są uzależnieni od informacji przekazywanych przez dostawców z państw trzecich, którzy często nie posiadają odpowiednich systemów śledzenia danych geolokalizacyjnych.
– Wielu dostawców, szczególnie z krajów rozwijających się, nie dysponuje systemami śledzenia działek o wymaganej rozdzielczości przestrzennej – wskazuje Poziomski.
Co więcej, dostawcy spoza UE nie podlegają bezpośrednio przepisom EUDR. – Brak sankcji unijnych wobec dostawcy spoza UE przy jednoczesnym pełnym ryzyku po stronie importera tworzy systemową nierównowagę – dodaje.
Izba zwraca również uwagę na brak jasnych wytycznych dla firm, które korzystają z oświadczeń due diligence wystawionych przez wcześniejsze ogniwa łańcucha dostaw.
Według branży potrzebne są jednoznaczne interpretacje ze strony Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, aby przedsiębiorcy nie byli zmuszani do wielokrotnego powielania tych samych procedur.
Firmy nie mają czasu na przygotowanie
Branża krytycznie ocenia tempo prac legislacyjnych. Piotr Poziomski wskazuje, że ustawa wdrażająca przepisy powinna być przygotowana wcześniej, a dziś wciąż nie ma pewności co do jej ostatecznego kształtu.
– Zakładając pełen proces legislacyjny, realnie dopiero we wrześniu możemy poznać ostateczny kształt przepisów, a system musi być gotowy do grudnia – mówi.
Sektor zwraca też uwagę na brak państwowego programu szkoleń, co – jak podkreśla – wypełniają firmy komercyjne, działając w warunkach niepewności regulacyjnej.
Resort: to nie nadregulacja, lecz wdrożenie prawa UE
Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekonuje, że projekt nie wykracza poza unijne ramy i stanowi wyłącznie techniczne wdrożenie obowiązujących już przepisów EUDR.
Jednoznacznie odrzuca też zarzut nadregulacji, wskazując, że „projektowana ustawa nie zawiera przepisów, które wykraczają poza cel zapewnienia stosowania rozporządzenia EUDR”.
Według resortu przedsiębiorcy nie powinni przypisywać nowych obowiązków samej ustawie krajowej, ponieważ ich źródłem jest bezpośrednio stosowane prawo unijne.
Rozporządzenie EUDR wiąże w całości i jest bezpośrednio stosowane we wszystkich państwach członkowskich. Nowe obowiązki po stronie przedsiębiorców wynikają wprost z przepisów rozporządzenia EUDR, a nie z samego projektu ustawy – wskazuje ministerstwo.
Resort dodaje, że regulacja wpisuje się także w szerszy kontekst ochrony rynku UE i konkurencyjności europejskich producentów.
Projektowane przepisy mają na celu zapobiegać wprowadzaniu na rynek UE produktów pochodzących z wylesionych i zdegradowanych terenów, jednocześnie chroniąc polskich i europejskich producentów przed nieuczciwą konkurencją z krajów o niższych standardach ochrony środowiska – argumentuje ministerstwo.
W odniesieniu do kwestii danych od zagranicznych dostawców resort podkreśla, że jest to konsekwencja konstrukcji samego rozporządzenia i warunek dostępu do rynku unijnego.
Dostęp do unijnego rynku jest obecnie warunkowany przejrzystością, co wymaga odpowiedniej współpracy ze strony przedsiębiorców z państw trzecich – zaznacza ministerstwo, wskazując, że odpowiedzialność za pozyskanie informacji spoczywa na firmach.
W sprawie sankcji do 10 proc. obrotu ministerstwo wyjaśnia, że podstawą jest art. 25 EUDR, a system kar musi być skuteczny i odstraszający.
Jednocześnie podkreśla, że najwyższe progi dotyczą wyłącznie powtarzalnych naruszeń, a nie jednorazowych błędów.
„Przepis reguluje przypadek, w którym dochodzi do popełnienia czynu po raz kolejny, tj. minimum trzeciego naruszenia” – tłumaczy resort, dodając, że każdorazowo brane są pod uwagę waga i okoliczności naruszenia.
Ministerstwo wskazuje, że działa w oparciu o obowiązujące przepisy, a nie zapowiedzi polityczne. Przypomina również, że EUDR został już znowelizowany i przewiduje przesunięcie terminów wdrożenia na lata 2026–2027.
„Jako organ administracji publicznej MKiŚ jest zobowiązane do działania w oparciu o już obowiązujący stan prawny” – podkreśla resort, jednocześnie zaznaczając, że projekt może jeszcze ulec zmianom w toku konsultacji.