W Polsce wraca debata o przyjęciu euro. Spośród krajów, które w 2004 r. wraz z nami wstąpiły do Unii Europejskiej, poza strefą euro znajdują się obecnie oprócz Polski tylko Czechy i Węgry.
Spośród najbliższych nam krajów najszybciej europejską walutę wprowadziła u siebie Słowacja - 1 stycznia 2009 r. Następne były kraje bałtyckie – Estonia (2011), Łotwa (2014), Litwa (2015). Zebraliśmy opinie z tych krajów na temat funkcjonowania w strefie euro.
Na Słowacji wejście do strefy euro zbiegło się w czasie z światowym kryzysem gospodarczym. Jednym z negatywnych skutków tej sytuacji było osłabienie walut w sąsiadujących ze Słowacją krajach, które nie należały do strefy euro. Kurs polskiego złotego w sierpniu 2008 roku oscylował wokół 3,2 zł za euro. W lutym 2009 roku było to już 5 zł. Słowacy zaczęli więc wtedy licznie przyjeżdżać do Polski, jak i do innych sąsiednich krajów, na zakupy, choć do tamtego momentu to raczej Polacy wybierali się do nich na zakupy.
Ta praktyka trwa, ale dzisiaj nikt w Słowacji nie wyobraża sobie powrotu do korony. Gospodarka kraju nastawiona jest w trzech czwartych na strefę euro. Właśnie ze względu na funkcjonowanie waluty europejskiej inwestorzy często wybierali Słowację na budowę zakładów produkcji samochodów (Volkswagen, Kia).
Przez cały rok 2009 obowiązywał w słowackich sklepach nakaz podawania podwójnych cen (w euro i słowackich koronach). Inspektorzy podatkowi jeździli wtedy po kraju i pilnowali przestrzegania tego przepisu. Słowaccy handlowcy generalnie jednak nie podnosili cen, bo nie chcieli tracić klienta.
Nowa rzeczywistość zaszkodziła natomiast ruchowi turystycznemu. Dla Polaków i Czechów Słowacja stała się drogim krajem. Co prawda ceny słowackie były takie same jak przed wejściem do strefy euro, ale wartość walut w sąsiednich krajach osłabiła się.
Sytuację uratowały przyjazdy turystów z krajów strefy euro. Turyści z Włoch, Francji, Hiszpanii czy Austrii chcieli zapoznać się z nowym krajem strefy. Dla nich ówczesne ceny za 0,5 l piwa - 1,5 euro, obiadu - 5 euro czy zakwaterowania w pokoju 2-osobowym za 50 euro nie były przeszkodą. Teraz oczywiście te ceny są już sporo wyższe, ale inflacja (niezwiązana z wprowadzaniem euro) podbiła także ceny w innych krajach.
Spośród krajów bałtyckich najszybciej, bo od początku 2011 roku, w strefie euro znalazła się Estonia. Tu też najwięcej obaw budził potencjalny, niekontrolowany wzrost cen, związany z wprowadzeniem wspólnej europejskiej waluty. Estończycy nie obawiali się natomiast złego kursu wymiany. Od 1992 roku funkcjonował u nich sztywny kurs walutowy (najpierw względem niemieckiej marki, później - euro). Władze estońskie wypracowały też wewnętrzny konsensus polityczny w sprawie finansów publicznych. Tym sposobem uniknięto nadmiernego wzrostu deficytu budżetowego.
Raivo Vare podkreśla, że Estończycy nie doświadczyli wzrostu cen w związku z przyjęciem euro. Fot. archiwum rozmówcy Po wstąpieniu kraju do Unii nastąpił w Estonii bardzo szybki szybki wzrost PKB. Wpływy podatkowe były więc wyższe od oczekiwań. Obecnie jednak inflacja w Estonii, sięgająca 5 proc., jest najwyższa w strefie euro. Według tamtejszego analityka Raivo Vare impuls inflacyjny to skutek wzrostu cen żywności i surowców na świecie.
Zaraz po wprowadzeniu euro władze zawarły z handlem i usługami dobrowolną umowę. Placówki, które przystąpiły do tego porozumienia, miały prawo przykleić naklejkę w swojej siedzibie, że "euro nie zmienia u nas cen". W programie uczestniczyły przede wszystkim duże sieci handlowe. Mniejsi handlowcy musieli zaś dostosować się do warunków narzucanych przez dużych graczy.
Łotwa dziesięć lat temu wstąpiła do strefy euro. Tamtejszy były poseł, a obecnie znany w Rydze komentator polityczny Nikolais Kabanovs uważa, że przyjęcie wspólnej europejskiej waluty pozwoliło na szybsze bogacenie się Łotyszy.
- Przeciętna łotewska pensja od początku 2004 r. do dnia wejścia do strefy euro wzrosła z 270 euro miesięcznie do 740 euro miesięcznie - mówi Kabanovs. - Od wejścia Łotwy do strefy euro płaca wzrosła o kolejne 80 proc. - do ok. 1350 euro.
Nikolais Kabanovs wylicza, że na Łotwie ceny wzrosły, ale jeszcze bardziej w górę poszły zarobki. Fot. archiwum rozmówcyPosiadanie euro w czasie kryzysu bywa jednak… inflacjogenne.
- W Polsce można manipulować stopami procentowymi. W przypadku kraju ze strefy euro o wszystkim decyduje europejski bank centralny. Pocieszeniem jest coś innego: choć zakupy czy jedzenie w łotewskich restauracjach są droższe niż w Polsce – wiem, bo często wyjeżdżam do Białegostoku czy Warszawy – to koszt życia jest niższy - twierdzi Kabanovs.
- Metr kwadratowy mieszkania (przy jego wykupie) jest średnio w naszym kraju o ok. 40 proc. tańszy niż w Polsce. Niższe są także zdecydowanie koszty wynajmu mieszkania na wolnym rynku - dodaje.
Na sąsiadującej z Polską Litwie euro zostało wprowadzone w roku 2015. Wcześniej planowano taki krok jeszcze w roku 2008, ale wtedy nastąpił kryzys ogólnoświatowy. Trzeba było więc „euroizację” odłożyć, gdyż warunkiem szybkiego wejścia do strefy euro byłaby dewaluacja lita. Na to nie było przyzwolenia społecznego. Ale i odłożoną w czasie decyzję poprzedziło wiele wątpliwości.
Jeszcze w początkach roku 2014 tylko 36 proc. mieszkańców Litwy było zwolennikami wprowadzania na Litwie europejskiej waluty. W trakcie kolejnych badań socjologicznych odsetek ten do końca roku 2014 wzrósł do 53 proc. To był skutek wielkiej akcji informacyjnej mającej oswoić Litwinów z nową walutą. Zorganizowano w tym celu kilka kampanii informacyjnych, które prezentowały zalety przyjęcia euro. Wszystkim zawiadywało ministerstwo finansów.
Społeczeństwo oczywiście obawiało się wzrostu cen. W związku z tym władze wprowadziły cały system zabezpieczeń przed sztucznym ich zawyżaniem.
1 stycznia 2015 roku ludzie w kolejkach pod bankomatami sprawdzali, czy już dostają wypłaty gotówki w euro. Potem przez pół roku można było równolegle płacić zarówno euro jak i litami. Ceny już wcześniej były podawane równolegle w litach i euro. Po 1 stycznia 2015 r. nawet jeśli płaciło się litami, to resztę otrzymywało się w euro. Ceny zmieniały się wedle kursu wymiany - 3,4528 lita za 1 euro.
Kontrole cen funkcjonowały przez lata 2015-2016. Żadnych większych, nieuzasadnionych podwyżek nie zaobserwowano. Tylko kilka firm handlowych zapłaciło kary za próby zawyżania cen.
Vakaris Deksnys podkreśla, że mimo wcześniejszych obaw Litwini obecnie traktują euro w swoim kraju jako coś oczywistego. Fot. archiwum autora Dalej już można było więc pozostawić ruchy cen normalnej dla gospodarki rynkowej konkurencji pomiędzy sprzedawcami usług i towarów.
Jak podkreśla Vakaris Deksnys, analityk ekonomiczny z „Lietuvos Rytas”, nawet skrajnie narodowe partie, które obiecywały w kolejnych kampaniach, że kraj wróci do lita, teraz zrezygnowały z tej retoryki. W 2022 roku już 68 proc. Litwinów popierało wprowadzenie europejskiej waluty. Mimo wzrostu poparcia było to jednak mniej niż w tym samym czasie w Estonii (78 proc.) czy Finlandii (82 proc.).
Litwini pytani o wzrost cen po wprowadzeniu europejskiej waluty żartują, że w ich katolickim kraju podrożała… kościelna taca. Do tej pory rzucano na nią monety 1- lub 2-litowe, a teraz nie wypada wrzucić mniej niż 1-2 euro.
Deksnys zwraca jednak uwagę, że w ostatnich latach litewskie ceny i tak urosły. Tu jednak przyczyną było nie tyle wprowadzenie euro, co ogólnoeuropejska inflacja. Równolegle na Litwie bardzo dynamicznie rosły także zarobki. W okresie obowiązywania euro na Litwie średnia pensja wzrosła w sumie o ok. 100 proc. Minimalne wynagrodzenie to obecnie 924 euro, średnia płaca dobija zaś do 1900 euro. Przy czym minimalna pensja, z racji na duże ulgi podatkowe, w praktyce często oznacza też netto.
Swoje znaczenie stracił centralny bank krajowy, wcześniej emitent waluty narodowej. Nie wzbudziło to jednak emocji politycznych. Centralny bank Litwy stał się po prostu częścią (jakby filią) banku europejskiego. A tam wszelkie decyzje zapadają kolegialnie. Wewnątrz Litwy bank centralny zaś nadal zajmuje się rynkiem papierów wartościowych i ubezpieczeniami.
Podobnie jak w Estonii, przy wymianie waluty pomógł Litwie fakt, iż od początku lat dziewięćdziesiątych lit był sztywno związany kursem obcej waluty - na początku dolara, a potem euro. Każdy już wcześniej mógł sobie przeliczać ceny i zarobki wedle sztywnego przez wiele lat kursu. Jednocześnie specjaliści finansowi wyrażali wielkie uznanie dla banku centralnego, że zdołał on przez te kilkadziesiąt lat utrzymać sztywny kurs litewskiej waluty, bez zagrożenia dewaluacją. Ostatnio jednak bank centralny Litwy podjął decyzję, że nie będzie się już w kraju wypuszczać monet o wartości 1 i 2 eurocenty. Czy więc wszystkie ceny zostaną zaokrąglone z pominięciem tych dwóch nominałów? Deksnys się tego nie obawia.
- W tej sprawie idziemy śladami Finlandii. Na Litwie odejście od tych najdrobniejszych monet ma nastąpić od połowy przyszłego roku. Oczywiście to nie znaczy, że jak ktoś będzie chciał wyciągnąć ze swoich zapasów te drobne monety, to spotka go odmowa ich przyjęcia. Chodzi o pewien trend, spowodowany także inflacją - tłumaczy.
Jak podkreśla, nie powinno to mieć jednak żadnego wpływu na ceny.
- Litwa jest krajem prawie w pełni odchodzącym od gotówki. Co prawda nikt tego nie nakazuje, ale praktycznie wszędzie można przy płaceniu posługiwać się kartą bankową - mówi litewski analityk.
Litwa graniczy z Polską, i w naszym kierunku rośnie jej turystyka zakupowa. Litwini jeżdżą na zakupy do Suwałk czy Białegostoku. Inna rzecz, iż taka turystyka była także zauważalna jeszcze przed wprowadzeniem euro. To bowiem skutek nie tyle przyjęcia tej waluty, co systemu podatkowego - na Litwie bardziej restrykcyjnego w przypadku towarów konsumpcyjnych niż w Polsce.
Podsumowując sytuację w sąsiednich krajach, które przyjęły euro, można powiedzieć tylko jedno – mitem jest automatyczny wzrost cen wynikający z wprowadzenia waluty europejskiej. Faktem jest natomiast szybszy wzrost płac. Minusem jest za to z pewnością słabsze panowanie nad inflacją.
Oglądasz archiwalną wersję strony Europejskiego Kongresu Gospodarczego.
Co możesz zrobić:
Przejdź do strony bieżącej edycji lub Kontynuuj przeglądanie